Connect
To Top

Hardwired…To Self-Destruct, czyli Metallica w formie

Po niemal pięciu latach oczekiwania nastał wreszcie dzień, który przez fanów (i nie tylko) Metalliki będzie wspominany wiele, wiele razy. O pracach nad nowym albumem słyszeliśmy od dobrych kilku lat, ale cały proces ciągnął się niemiłosiernie. Wreszcie wczoraj świat ujrzał pełny trzypłytowy album jednego z legendarnych już zespołów. Premiera miała miejsce „wszędzie”, a zatem album można nie tylko kupić w każdym większym sklepie, ale też przesłuchać na każdym serwisie streamingowym. Nawet na Napsterze.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że to nie będzie typowa recenzja muzyki. Chociaż, z drugiej strony, czym jest typowa recenzja muzyki? Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że największą jej siłą jest subiektywny odbiór słuchacza, nie da się pisać o niej obiektywnie. Do muzyki obiektywnie można podejść tylko ze względu na stronę techniczną, na przykład jakość dźwięku. Cała reszta jest kwestią bardzo indywidualną, dlatego też w tym wpisie nie będę się zagłębiał w najdalsze zakątki otchłani własnych emocji, ale skupię się na kilku innych rzeczach.

hardwired...to self-destruct

Podobne do [tu wstaw tytuł albumu]

Jak wspomniałem, przez ostatnie kilka lat docierały do nas różne plotki na temat tworzonego nowego albumu. Mimo to do sierpnia tego roku w zasadzie nie wiedzieliśmy prawie niczego konkretnego. Pamiętamy akcję ze skradzionym iPhonem Kirka Hammeta, na którym znajdowały się rzekomo nagrane riffy do nowych piosenek. Słyszeliśmy komentarze członków zespołu m.in. o tym, że Hardwired…To Self-Destruct nie będzie zawierał żadnej ballady w rodzaju klasycznego już Nothing Else Matters. Jednakże dopiero 18 sierpnia Internet obiegł pierwszy singiel Hardwired promujący album. Wtedy się zaczęło.

Najlepszym dowodem na niezwykłą subiektywność muzyki są komentarze w Internecie, także na oficjalnej stronie Metalliki. Pierwsze trzy single doczekały się porównań do absolutnie każdego wydanego wcześniej albumu zespołu, no może z wyjątkiem niesławnego St. Anger. Jedni widzieli w „Hardwired” nawiązanie do Kill ‘Em All (na którym przecież skończyła się Metallica), inni odnajdywali nim nutki Ride the Lighting, a jeszcze inni podobne brzmienie wyczuwali w ostatnim dużym albumie, czyli Death Magnetic. Być może wynika to z faktu, że wszystkie te albumy nagrywał przecież jeden i ten sam zespół. Być może od początku wypracowana stylistyka przewija się przez całą twórczość artystów.

Odłóżmy jednak złośliwości na bok i skupmy się na sednie sprawy. Hardwired…To Self-Destruct zawiera dwanaście nowych piosenek na dwóch płytach, zaś w wersji Deluxe dochodzi trzecia płyta z kawałkiem koncertu z tego roku, paroma coverami i wydanym już dwa lata temu singlem Lords of Summer. Nawiasem mówiąc, został on nieco zmieniony, ale poprzedniej wersji nie było na żadnym serwisie streamingowym, więc w sumie problemu z różnymi wersjami tej samej piosenki nie ma. Osobiście nie jestem może największym psychofanem zespołu, ale z całej poznanej w życiu muzyki to właśnie do Metalliki wracam najczęściej. Dlatego też na premierę czekałem z niecierpliwością i od czwartku nieustannie zapętlam wszystkie kawałki.

hardwired...to self-destruct

Era Internetu

Od czwartku? Przecież premiera była w piątek. No właśnie. Od czasów potyczki z Napsterem zespół diametralnie zmienił swoje podejście do Internetu. Przypomnijmy – gdzieś w 2000 roku do jednej z sieci peer-to-peer wyciekł nieukończony jeszcze singiel I Disappear. Sieć owa nazywała się właśnie Napster i umożliwiała dzielenie się zasobami na takiej zasadzie jak obecnie torrenty. Nie trzeba mówić, że nie był to zbyt legalny proceder, ale w 2000 roku nie mieliśmy jeszcze serwisów streamingowych. Ba, nie było nawet YouTube’a! Dlatego też internauci radzili sobie na różne sposoby. W każdym razie w efekcie rozpowszechnienia singla na cały świat perkusista grupy Lars Ulrich wytoczył Napsterowi batalię sądową, która ostatecznie doprowadziła do jego upadku. Dopiero później po wykupieniu przez firmę Roxio Napster przekształcił się w zwyczajny sklep. Swoją drogą ciekawe, że nadal utrzymują się na rynku, bo konkurencja jest przecież całkiem darmowa. Ale nie o tym.

Efektem całej batalii zespołu z Napsterem był nie tylko jego upadek, ale również opinia, która głosiła wprost – Metallica nie chce, by jej kawałki były dostępne za darmo. Nie jest to w pełni prawdą, bo Larsa rozwścieczyło najbardziej to, że wyciekł singiel jeszcze nieukończony. Oglądając materiały z zaplecza, łatwo możemy zauważyć, jak bardzo potrafią zmienić się poszczególne wersje tej samej piosenki. Mimo wszystko łatka została przypięta, ale wszystko wskazuje na to, że należy ją czym prędzej oderwać.

Hardwired…To Self-Destruct jest bowiem obecny na absolutnie każdym serwisie streamingowym, również w wersji Deluxe. Za darmo. Ponadto teledysk do każdego utworu znajduje się na YouTube, również oczywiście za darmo. Ciekawy był również sposób dystrybucji – co dwie godziny publikowano na YouTube kolejny klip. Jestem ciekaw, jak to przełoży się na wyniki finansowe, ale wydaje mi się, że w ten sposób zespół zarobi znacznie więcej, niż gdyby usuwał nielegalne kopie z każdego zakątka Internetu. Zadanie domowe zostało odrobione i zyskują na tym absolutnie wszyscy.

Hardwired...To Self-Destruct

Za długie, za krótkie, za ostre, za słabe…

Czytając pierwsze recenzje w sieci, nie sposób odnieść wrażenia, że odbiór Metalliki zależy w dużej mierze od pokolenia. Starsi słuchacze z nostalgią wspominają pierwsze albumy, a młodsi wolą sięgać raczej pod erę Load i Reload. Oczywiście upraszczam, bo osobiście wiekowo zaliczam się do grupy drugiej, ale gustowo już plasuję się gdzieś pośrodku. Najwięcej ulubionych kawałków mam właśnie w starych albumach, ale każde nowe witam z prawdziwą radością. Głos Jamesa i charakterystyczne solówki Kirka są obecne przecież na każdym albumie, a to właśnie za to najbardziej kochamy zespół. Generalnie słuchając Hardwired…To Self-Destruct nie sposób pomylić wykonawcy. Jeśli ktoś choć trochę zna styl Metalliki, od razu rozpozna charakterystyczne rytmy i solówki.

Nie znaczy to jednak, że każdy kawałek powinien brzmieć dokładnie w ten sam sposób. Ponadto spora część utworów wzięła się z jakichś konkretnych wydarzeń czy przeżyć. Moje uwielbiane Fade to Black zostało nagrane po kradzieży niemal całego sprzętu koncertowego jako wyraz bezsilności i żalu. Ciekawostką jest, że reszta zespołu sprzeciwiała się publikacji, bo styl piosenki znacznie odbiegał od tego, co grali do tej pory. Efekt? 24 miejsce na liście TOP100 najlepszych gitarowych solówek według magazynu Guitar World i podium w sercach niezliczonej ilości osób. Pełną historię Hardwired…To Self-Destruct poznamy pewnie dopiero przy okazji wywiadów, a także zapewne publikacji filmu w rodzaju Some Kind of Monster i kolejnej książki opisującej dzieje zespołu. A przecież odbiór piosenki może zmienić się diametralnie po poznaniu historii, która za nią stoi. Bardzo więc możliwe, że sporo obecnych recenzentów zmieni zdanie, kiedy dowie się, dlaczego album wygląda właśnie tak, a nie inaczej.

hardwired...to self-destruct

Hardwired…To Self-Destruct

Kończąc tę nieco przydługą ni to recenzję, ni to felieton, chciałbym powiedzieć, że mnie Hardwired…To Self-Destruct kupił całkowicie. Nauczyłem się, że w muzyce nie jest istotna popularność, styl czy cokolwiek innego, ale emocje, które muzyka wywołuje w słuchaczu. Wsłuchując się w nie, z łatwością wyczujemy, co dla nas jest najlepsze, bez patrzenia na te wszystkie w jakiś sposób szufladkujące cechy. Oczywiście nie sposób ich całkowicie pomijać, bo gdyby tak było, to fani nie wyczekiwaliby nowego albumu z niecierpliwością, ale w muzyce chodzi właśnie o emocje. I tym optymistycznym akcentem zachęcam każdego do własnousznego sprawdzenia nowej twórczości Metalliki. Metalliki, która – jakby nie patrzeć – wciąż jest jedną z największych legend sceny muzycznej. I wszystko wskazuje na to, że takową pozostanie. Łapcie linki i słuchajcie, gdzie Wam tylko wygodnie.

Spotify | TIDAL | Deezer | AppleMusic | Napster | Kanał YouTubeOficjalna strona zespołu

More in Muzyka