Connect
To Top

Z uniwersytetu St John’s do wysprzedania Madison Square Garden. J. Cole wraca do domu!

W Fayetteville, w Północnej Karolinie mieszkał dzieciak, który marzył o zostaniu największą gwiazdą hip-hop’u, taką jak m.in. 2Pac czy NAS. Marzenia odległe, jednak po przeprowadzce do Nowego Jorku jak najbardziej możliwe. Na początku nie była to historia Kopciuszka – młody Jermaine rapował na imprezach lub na ulicy by tylko wysypać z siebie „strony” rymów i dzielić się z ludźmi swoim darem. Był jednak inny, wyróżniał się od tych MC’s, którzy mieli nastawienie „nie-patrz-mi-w-oczy” gdy rapuje. On był zupełnie normalnym dzieciakiem. Był synem, bratem, kuzynem i dzieciakiem z pierwszego roku, który umawia się z Twoją córką. Takim sposobem budował swoja nowojorską legendę. Wszystko to przyniosło sukces, który w przyszłości miał przynieść chłopakowi z Północnej Karoliny światową sławę. Cole spotkał na swojej drodze legendę – Jay-Z, u którego wkrótce miał wystąpić w utworze „A Star Is Born” w 2009 roku. By zyskać dla siebie „wyznawców” Cole musiał nagrać trzy albumy studyjne, które sprawiły, że na równi z raperem z Compton Kendrickiem Lamarem, nazwany został wybawicielem muzyki RAP. 4. sierpnia 2015 roku, J. Cole wraca do Nowego Jorku, dając koncert w najsłynniejszej hali na świecie Madison Square Garden, wyprzedając ją do ostatniego miejsca. Legenda się narodziła.

To było po północy, w pokoju na terenie kampusu uczelni St. John. Nieco wcześniej, J. Cole dał koncert na swojej byłej uczelni i przez kilka godzin pozował do zdjęć i rozdawał autografy zgromadzonym tam studentom i wykładowcom. Profesor i rektor, z którą Jermaine miał zajęcia, Dr Julia Upton zaskoczyła go dyplomem, który nie trafił w ręce rapera na zakończeniu studiów w 2007 roku. Cole nigdy go nie otrzymał, mimo, że skończył studia z wyróżnieniem. Powodem tego była książka, którą zgubił i tym samym nie oddał do uczelnianej biblioteki. „Wyśle to swojej mamie!”, powiedział po otrzymaniu dyplomu, siedząc na czarnej, skórzanej kanapie. Na sobie miał czarno-czerwoną kurtkę Atlanta Braves i czarne dresy. Jego szara bluza była zapięta pod samą szyję, a rosnące dredy wystawały spod kaptura. Tak J. Cole wyruszył do serca Nowego Jorku, by marzyć o tym, że kiedyś wyprzeda co do miejsca najpopularniejszą halę świata.
„To szaleństwo. Niewiarygodne, a nawet śmieszne.”, rozmyślał, gdy przewidywał ten moment. „Byłem na spacerze lub jechałem na rowerze, byłem obok MSG. Powiedziałem sobie ‚Pewnego dnia zrobię to gówno’. Trzy miesiące później wyprzedałem całą halę, w jeden dzień!”, wspomina.

Raper po koncercie na swojej byłej uczelni.

Raper po koncercie na swojej byłej uczelni.

Jednak przed tym wszystkim, był Jeramine’m – zwykłym studentem spoza miasta, który występował na różnych pokazach talentów. Pierwsza szansa pokazania się szerszej publiczności miała miejsce w hali Carnesecca na kampusie uczelni, na trzecim roku studiów. „Ich reakcja po występie była mniej więcej taka: ‚O cholera. Ten ziomek umie rapować!’ Wszyscy byli mega zaskoczeni.”, śmieje się Cole. „Nie woziłem się po terenie uczelni z nastawieniem typowego rapera, nie rozgłaszałem tego. Jestem tylko Jermaine, chłopak, który przechadza się po kampusie, poznaje nowych znajomych i żyje swoim życiem.”. Dr. Upton wspomina Cole jako bardzo skoncentrowanego i dobrze uczącego się studenta, który jednak nigdy nie wspominał nikomu o swoich umiejętnościach muzycznych. Ibrahim Hamad, z którym Cole poznał się na boisku do kosza, również był zaskoczony. Wiedział, że jego przyjaciel ma talent, ale nie, że aż taki. I wtedy wszystko się zaczęło, „Chodziłem po ludziach w Queens (dzielnica w Nowym Jorku – przyp. red.), po imprezach i nie tylko ustawiałem nam mecze w kosza, ale także mówiłem ludziom, że Cole potrafi rapować i czeka na wyzwania.” – wspomina Hamad, w tej chwili manager J. Cole i prezydent wytwórni Dreamville Records. „Zawsze wiedział co chce robić, potrzebował jednak czegoś co pomogłoby mu zbudować pewność siebie. W pewnym momencie powiedziałem, ‚Yo, musimy wydać mixtape!'”. I tak się właśnie stało.

Jermaine wraz ze swoim przyjacielem i managerem Ibrahim`em Hamad'em

Jermaine wraz ze swoim przyjacielem i managerem Ibrahim`em Hamad’em

W 2007 roku, J. Cole wypuścił swój debiutancki mixtape pod tytułem „The Come Up”, później, bo 2 lata po debiucie, do sieci trafiło „The Warm Up”. Wszystko zaczęło nabierać rozpędu. Cole w maju otworzył koncert znanego już w tym okresie szerszej publiczności Wale, odbywający się w Le Poisson Rouge w Nowym Jorku, a trylogia z serii „Grown Simba” czy lirycznie niesamowita „Lights Please” zaczęły robić furorę w sieci. Gdy spotkał Jay-Z dał mu swój mixtape, twierdząc, że jeśli ją przesłucha będzie zachwycony i będzie chciał by ten dołączył do jego agencji RocNation. Tak się też stało. Młody Simba podpisał kontrakt z wytwórnią nowojorskiego rapera, a sam Jay zaprosił Cole na wcześniej wspomniany utwór „A Star Is Born” z albumu The Blueprint 3, gdzie zarzucił m.in. takimi wersami „And could I be a star /Does fame in this game have to change who you are? „ pyta w zwrotce. „Or could I be the same one who came from a faraway life /Just to make it in these Broadway lights?”. Już wtedy korona zwana sławą mogła wydawać się ciężka. „Cały czas miałem to na uwadze.” mówił Jermaine. „Nawet o tym nie wiedząc, myślałem o tym wszystkim w ten sam sposób ‚Cholera, czy można osiągnąć wielki sukces, by po drodze dalej pozostać SOBĄ?'”.

W 2010 roku, Cole wystąpił w kubie S.O.B.`s, podczas małego koncertu radio Hot 97 „Who`s Next Live”. Można powiedzieć, że jest to miejsce i czas, gdzie rodzą się młode gwiazdy. Tam Cole potwierdził, że należy do elity młodych talentów. Jak powiedział Kozza Babuma, człowiek ds. marketingu i reklamy klubu S.O.B.’s, „Bilety wyprzedały się w mgnieniu oka. Coś około czterech dni, myślę, że nawet jego zespół był tym faktem zaskoczony.”. Klub był wypełniony po brzegi. „Mogło być tam około 650 ludzi, każdy chciał być na tym koncercie. Od ludzi z tego biznesu, poprzez dziennikarzy, aż po bogate dzieciaki. Każdy!”. Głównym powodem tego „zamieszania” był Cole, który swoim w/w utworem „Light Please” robił furorę w sieci.

Okładka magazynu XXL

Okładka magazynu XXL

Nie było więc niespodzianką, że J. Cole pojawił się na okładce XXL Freshman Class 2010, jednak dzielenie okładki m.in. z Big Sean’em i Wiz Khalifą nie jest łatwą rzeczą. Z debiutanckim albumem „Cole World: The Sideline Story” w 2011 roku, wielu w branży zastanawiało się czy Cole ma to co potrzeba, by świat oszalał na jego punkcie – twierdzono, że nie jest kimś wyjątkowym, obawiano się, że jest szybki do odstrzału i wszyscy zapomną o nim tak szybko jak usłyszeli. Oczywiście, potrafił rapować, jak każdy raper – ale czy był gwiazdą? Konkurencja w postaci Drake czy Nicki Minaj wcale nie pomagała, a wręcz przeciwnie. Wszystkie te informacje dotarły w końcu do samego Jermaine, który sprawę skomentował tak: „Zwykłem słyszeć: ‚Słuchajcie, kochamy Cole, ale jest taki „zwyczajny”.’ Jakby było to coś złego. Ta cała nagonka na mój styl przez chwile przeszyła moją myśl i pytałem siebie ‚Cholera, może rzeczywiście powinienem coś zmienić?'”.
Właśnie wtedy kiedy próbował przypodobać się wszystkim, cała ta sprawa wzięła na nim odwet – na czerwonym dywanie. Podczas B.E.T. Awards (Black Entertainment Television) w 2013 roku, Cole pojawił się złoto-czarnym swetrze od Versace, który przyznajmy szczerze wyglądał jak dywan… bardzo drogi dywan. „Słuchałem tych stylistów, którzy mówili ‚Musisz wyjść przed szereg, pokazać się, musisz pokazać światu gwiazdorski styl! Ten sweter to jest to, DJ Drama i Brandon T. Jackson się w nim wozili.’. Niestety, wybór tego typu ubioru był tragiczny w skutkach. Wszystkie portale modowe trąbiły o tym jak Cole wypadł na czerwonym dywanie, uruchomiło grę z serii „Kto nosił to lepiej?”. Niezbyt dobra renoma dla poważnego rapera.

Raper podczas rozdania nagród BET w 2013 rokiu.

Raper podczas rozdania nagród BET w 2013 rokiu.

Po tej wpadce, J. Cole postanowił zostać sobą. Nie stara się zaimponować światkowi biznesu, jedynymi ludźmi jakim stara się zaimponować są oddani fani i on sam. „To wszystko obraca się wokół dorastania i zdania sobie sprawy… ‚Naprawdę lubię postrzegać siebie jako zwykłą osobę, jako Twojego ziomka, którego spotkasz na ulicy i zbijesz z nim „pionę”. To był ostatni raz, gdy zobaczyliśmy Cole`a w ciuchach, które kosztują więcej niż niejeden samochód.

Dopiero po jego trzecim studyjnym albumie pt. „2014 Forest Hills Drive”, Cole zyskał całą rzeszą fanów. Album był zupełnie czymś innym niż dotychczasowe „Cole World: The Sideline Story” oraz „Born Sinner”. Był szczery, miał wiele do zaoferowania, leciał prosto z serca J.Cole. Autor zabrał nas w podróż, w której każdej kolejnej piosence opowiada jakąś historię ze swojego życia. W numerze „Wet Dreamz” razem z Cole przeżywamy jego pierwszy raz, w utworze „No Role Modelz” możemy usłyszeć co Cole zobaczył w świecie biznesu, jacy ludzie nim sterują, jakie są realia w świecie gwiazd. „Apparently” to z kolei utwór, w którym wraca wspomnieniami do domu, który właśnie stał na ulicy Forest Hills, pod numerem 2014. Jest to też piosenka, w której przeprasza swoją matkę, którą opuścił na rzecz studiów w Nowym Jorku i podążaniu za marzeniami zostania najlepszym raperem jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi.  Najmocniejszym jednak utworem na tej liście, osobiście dla mnie, jest „Love Yourz” w którym Simba porusza kwestię, w której stawia twierdzenie, że nigdy nie będziemy szczęśliwi dopóki, dopóty nie pokochamy tego co mamy. Bardzo fajnie wypowiedział się podczas koncertu w swoim rodzinnym Fayettevile właśnie przed wykonaniem tego numeru:
„(…) Gdzieś na świecie jest człowiek, który posiada miliony dolarów, miliardy pieprzonych dolarów, posiada wszystko co wydaje nam się, że potrzebujemy by być szczęśliwym – on to ma. Ma pieniądze, samochody, 3 lub 4 rezydencje, posiada „genetycznie niemożliwą” żonę… i ma dz&%*i. Jednak ten ziomek jest strasznie biedny, racja? Jest pusty w środku, ale gdy masz rodzinę, która pochodzi stąd skąd my pochodzimy, z tego miasta. Ludzie, którzy zamieszkują najgorsze dzielnice w mieście, posiadający tragiczne warunki do życia, którzy po prostu nie mogli pozwolić sobie na przyjście na ten koncert. Mimo, że bardzo tego pragnęli. Ale właśnie oni są bardziej szczęśliwi i cieszą się z życia bardziej niż ten człowiek kiedykolwiek będzie. Jak to jest możliwe? Posiada wszystko o czym nam mówiono, że potrzebujemy do bycia szczęśliwym, ale on dalej jest nieszczęśliwy. Co posiadają oni, a czego on nie ma? Miłość, to właśnie tego nie ma.”.
O sukcesie tego albumu świadczy fakt, że jest on pierwszym albumem od 26 lat, który zdobył status platyny, mimo, że na płycie nie pojawił się żaden innym raper/piosenkarz, który uczestniczył w jakimkolwiek numerze. Niemały sukces prawda?

O tym, że Cole podchodzi do fanów zupełnie niekonwencjonalnie, niech świadczy to, że gdy płyta jeszcze nie miała swojej premiery, Jermaine wraz ze swoją załogą pojechał do Dallas, gdzie dał możliwość odsłuchania całej płyty szczęśliwej fance, która odezwała się do niego na Twitter’ze. Kolejna sytuacja miała miejsce w 2015 roku, kiedy to również za pomocą Twitter’a Cole wszedł w układ z pewną dziewczyną z liceum. Na czym on polegał? Jeżeli dziewczyna będzie miała dobre oceny i dostanie się na czteroletnie studia, Cole przyjedzie na jej zakończenie. Jak wspomina Ibrahim Hamad: „Pamiętam jak co miesiąc przysyłała do nas karty z ocenami, by Cole mógł wszystko monitorować. Trwało to przez wszystkie lata jej nauki w liceum.”. Gdy okazało się, że dziewczyna wywiązała się z układu, Cole przesunął datę swojej trasy koncertowej, by móc się pojawić na uroczystości. Zaoferował również za zapłaci za jej studia. Postanowił również udostępnić swój dom z młodzieńczych lat dla samotnych matek, by mogły tam mieszkać – wszystko to za darmo. Nie ma tutaj mowy o jakiś chwytach marketingowych, Cole nie szuka w ten sposób rozgłosu. Jak przyznaje Hamad, Cole jest w tym wszystkim tak prawdziwy i nieprzewidywalny, że nawet on, jego manager czasami nie ma pojęcia co planuje raper. To wszystko wychodzi prosto z jego serca – „Jeśli składasz obietnicę, nie możesz nikogo zawieźć.”.

J. Cole wraz z dziewczyną, której złożył obietnicę.

J. Cole wraz z dziewczyną, której złożył obietnicę.

I to wszystko właśnie urzekło mnie w tym człowieku. Jest prawdziwy w tym wszystkim co robi. Nie udaje kogoś kim nie jest. Jak nikt inny integruje się z fanami, bo wie, że między innymi bez nich nie był by w tym miejscu, w którym się teraz znajduje. Po zobaczeniu dzieciaków na swoich koncertach, ubranych w drogie zegarki czy drogą biżuterię, Cole postanowił to zmienić i być bardziej osiągalny dla fanów. Stał się zwykłym chłopakiem z dzielnicy, który na koncertach nosi bluzy, dresy, trampki czy zwykłe T-Shirty. Nigdy nie zobaczysz go z toną świecących, obsadzanych diamentami łańcuszkami na szyi, żadne wielkie brylanty nie ozdobią jego palców, na zębach nie zobaczysz złotego „grilla”. Dlaczego? To nie on, to nie jego styl. Dziś, jeśli ktoś nazwie go zwyczajnym uzna to za największy komplement, jaki mogłeś do niego powiedzieć.

COLE WORLD

J. Cole podczas koncertu w swoim rodzinnym mieście - Fayetteville, Północna Karolina

J. Cole podczas koncertu w swoim rodzinnym mieście – Fayetteville, Północna Karolina

More in Muzyka

MenWorld.pl to lifestylowy magazyn dla mężczyzn. Na łamach naszej witryny internetowej można przeczytać artykuły z wielu dziedzin, które powinny zainteresować prawdziwego faceta. Nasi redaktorzy tworzą teksty o motoryzacji, podróżach, modzie, nowych technologiach oraz kulturze. Każdego dnia pojawiają się kolejne artykuły pisane w formie blogowej.

Jesteśmy na YouTube!

Copyright © 2015-2017 MenWorld.pl | DiGnet Media