Connect
To Top

Gdzie Koła Poniosą – wyprawa na Bałkany

Dwadzieścia dwa dni, prawie siedem tysięcy kilometrów, dwanaście państw, szóstka studentów i jeden trzydziestoczteroletni Volkswagen Transporter T3. Tak przedstawia się bilans wyprawy, której miałem zaszczyt być aktywnym uczestnikiem. Wyruszyliśmy pełni nadziei, żądni czekających nas przygód i wrażeń, nieznanych miejsc i malowniczych krajobrazów.

Było nas sześcioro, w każdym z nas inna krew, zmieniając delikatnie słowa śpiewane przez Grzegorza Markowskiego. Na wyprawę wyruszyliśmy w składzie – Michał i Dominika, czyli główni organizatorzy i pomysłodawcy, wraz z Angeliką, Alicją, Maćkiem, no i, oczywiście, mną, inaczej bym tego tekstu nie pisał. A przynajmniej nie w takiej formie. W zasadzie, jeśli chodzi o formę, to nawet teraz ciężko jest mi się zdecydować na jakiś konkretny kształt tego artykułu. Bo, mimo iż od powrotu minął niemal miesiąc, to jednak ogień podróży wciąż tli się gdzieś głęboko w sercu, zaburzając tym samym możliwość wyłuskania ze wspomnień samych konkretów. Niemniej tym samym dniam sam sobie, że decyzja o przyłączeniu się do załogi Gdzie Koła Poniosą była jak najbardziej właściwa. Ale zostawmy już osobiste zachwyty i przejdźmy do konkretów.

Wyruszając w nieznane

Tak naprawdę pomysł na wyprawę pojawił się już rok temu, kiedy to celem była słoneczna Italia. Z powodu problemów technicznych niestety nie doszła ona do skutku, zaś załoga – chcąc nie chcąc – dostała cały rok na poczynienie odpowiednich napraw i modernizacji. Tym sposobem Sznycel, bo tak przez poprzedniego właściciela został ochrzczony stary bus, zyskał drugie życie. Został odnowiony, wyremontowany i odmalowany w dość charakterystyczne, jak się okazało, kolory. Może na pierwszy rzut oka nie wydaje nam się to oczywiste, ale mijane po drodze dzieciaki często wskazywały nas palcami, krzycząc przy tym „Scoooby Dooo!”. Gdyby przykleić na niego kilka kwiatków, a jedno z nas przebrać za Scoobiego, z czystym sumieniem moglibyśmy ruszyć na poszukiwanie potworów.

Wróćmy jednak do tematu. Mimo iż w zeszłym roku pinezka na mapie wbita była w najbardziej charakterystyczny półwysep Europy, to jednak tegorocznym celem wojaży stały się Bałkany w całej swej okazałości. Tak naprawdę tylko pierwszy i ostatni dzień poświęciliśmy niemal wyłącznie na jazdę – wszystko pomiędzy obfitowało w bardzo dynamiczne i bogate objętościowo zwiedzanie. Już drugiego dnia dotarliśmy do stolicy Chorwacji, czyli Zagrzebia, gdzie na nogach, w ogromnym upale, przewędrowaliśmy kilkanaście kilometrów. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że tak będzie wyglądał niemal każdy dzień, ale w sumie to dobrze – radość była tym większa, im bardziej rzeczywistość przerastała nasze oczekiwania. Tak było trzeciego dnia wyprawy, kiedy to zawitaliśmy do Jezior Plitwickich, czyli niezwykle malowniczego parku narodowego.

Gdzie Koła Poniosą - jedno z jezior w parku narodowym Jezior Plitwickich

Gdzie Koła Poniosą – jedno z jezior w parku narodowym Jezior Plitwickich

Gdzie Koła Poniosą - Stare Miasto w Dubrowniku w całej swej okazałości

Gdzie Koła Poniosą – Stare Miasto w Dubrowniku w całej swej okazałości

Drogą „Gry o Tron” i nie tylko

Przyznaję, że nigdy nie oglądałem tego jednego z najpopularniejszych seriali ostatnich lat i niewątpliwie trochę na tym straciłem, jeśli mówimy o wyprawie. Jej celem były bowiem miejsca, które dla fanów serialu są rozpoznawalne już na pierwszy rzut oka. I tak odwiedziliśmy Split z charakterystycznym pałacem Dioklecjana, w którego piwnicach mieści się sala tronowa Daenerys, oraz Dubrownik, w którym otoczone murami stare miasto to nic innego, jak Królewska Przystań. Przed i po zwiedzaniu Dubrownika nocowaliśmy w Kupari, zwane także zatoką umarłych hoteli. Nie bez przyczyny – w wyniku wojny domowej w latach 90 cały kompleks hoteli został zniszczony i opuszczony i taki pozostaje do dzisiaj. Choć „opuszczony” to złe słowo, bowiem turystów i podróżników wcale tam nie brakowało. Nie przeszkodziło to nam jednak spać na plaży w samych śpiworach. Co, jak uświadomił nam o szóstej rano pewien Chorwat, jest nielegalne i mamy się jak najszybciej wynosić, bo on dzwoni na policję.

Gdzie Koła Poniosą - Sznycel na tle jednego z opuszczonych hoteli w Kupari

Gdzie Koła Poniosą – Sznycel na tle jednego z opuszczonych hoteli w Kupari

Mimo to napotkane osoby z takim nastawieniem możemy policzyć na palcach jednej ręki, zaś na tych, którzy byli serdeczni i pomocni, nie starczy nam nawet kilku pełnokończynowych osób. Musicie bowiem wiedzieć, że ludzie generalnie są spoko, ale nie uprzedzajmy faktów, bo na zachwyty przyjdzie jeszcze czas. Po Chorwacji udaliśmy się do Bośni i Hercegowiny, gdzie jednego dnia odwiedziliśmy Wodospady Kravica oraz Mostar. Przy okazji zauważyliśmy, że Bośnia w tym roku stała się celem wakacyjnym Polaków – w tych rajskich kąpieliskach co drugi głos należał do naszego rodaka. Ba! Nawet kelner, kiedy zaczęliśmy zamawiać po angielsku, przerwał nam słowami: „Mówcie po polsku, ja dobrze rozumiem!”. Z kolei Mostar zwiedzaliśmy wieczorową porą i muszę przyznać, że uczucie błogości towarzyszące podziwianiu miasteczka, odczuwam nawet w tym momencie. To mówi samo za siebie.

Gdzie Koła Poniosą - panorama Mostaru

Gdzie Koła Poniosą – panorama Mostaru

Serbia i tajemnicze Kosowo

Następnie udaliśmy się do Serbii. Musicie wiedzieć, że do tego kraju nie powinno się wjeżdżać od strony Kosowa, bowiem Serbowie Kosowa nie uznają i na granicy mogą pytać, w jaki sposób wjechaliśmy do ich kraju, skoro nie zostaliśmy odnotowani na serbskiej granicy. Generalnie na Bałkanach sporo jest terytorialnych przepychanek i sytuacja wciąż nie jest idealnie stabilna, ale nam udało się przejechać wszystko bez problemów. Odwiedziliśmy Sarajewo i słynny most, z którego został oddany śmiertelny dla Arcyksięcia Ferdynanda strzał. Następnie wyruszyliśmy do Prisztiny, czyli stolicy Kosowa, po drodze zwiedzając niemal tysiącletni monastyr w miasteczku Stari Ras. Przejechaliśmy Czarnogórę i z powodu późnej godziny zmuszeni byliśmy spać w busie na granicy z Kosowem. Z samego rana pognaliśmy do Prisztiny i tutaj zadziała się magia.

Gdzie Koła Poniosą - słynny i niepozorny most w Sarajewie

Gdzie Koła Poniosą – słynny i niepozorny most w Sarajewie

Co wiadomo Wam o Kosowie? Poza tym, że jest jednym z najmłodszych państw świata, w dodatku takim, które wciąż pozostaje nieuznane przez część tych starszych? Przed wyjazdem słyszałem, że musimy uważać, bo tam wciąż jest niebezpiecznie. Ba, nad państwem miało wręcz wisieć widmo minionej wojny. Tymczasem, pomijając fakt, że Kosowo to jeden wielki plac budowy, nic takiego nie da się zaobserwować. Na ulicach Prisztiny nie spotkaliśmy nawet jednego policjanta, a spędziliśmy w stolicy przeszło pół dnia. Cała szóstka ponownie przekonała się, że podróże naprawdę kształcą. Po zwiedzaniu ruszyliśmy w stronę stolicy Macedonii, gdzie tuż pod Skopje urządziliśmy sobie nocleg. To właśnie w tym miejscu zrobiliśmy zdjęcie z nagłówka tego artykułu.

Gdzie Koła Poniosą - pomnik prezydenta, dzięki któremu część Jugosławii przekonała się, że może utworzyć własne państwo

Gdzie Koła Poniosą – pomnik prezydenta, dzięki któremu część Jugosławii przekonała się, że może utworzyć własne państwo

Gdzie Koła Poniosą - jedno z naszych obozowisk, gdzieś w Macedonii

Gdzie Koła Poniosą – jedno z naszych obozowisk, gdzieś w Macedonii

Macedonia i Albania

W kraju Aleksandra Macedońskiego odwiedziliśmy Skopje oraz Ochrydę. Musicie wiedzieć, że chociaż Aleksander jest Macedoński, to jednak jego pomnik w stolicy nazywa się „Wojownikiem na koniu”, a nie „Aleksandrem Macedońskim”. To jeden z przejawów terytorialnych przepychanek, o których wspomniałem – Republika Macedonii nie jest bowiem uznana przez Grecję, której wodzem był przecież Aleksander. Ale to tylko taka luźna dygresja. Samo Skopje jest niesamowicie kiczowate, a wszystko to przez program zwany Skopje 2014 – jeśli jesteście ciekawi, jak w oryginalny sposób można marnować pieniądze podatników, to zapraszam do wyguglowania. Oprócz stolicy odwiedziliśmy także Ochrydę, czyli miasto nad Jeziorem Ochrydzkim, przy którym później urządziliśmy sobie nocleg. Nasza rada jest prosta – jeśli w pobliżu kręcą się psy, nawet przyjazne, nie zostawiajcie butów na zewnątrz namiotu, bo być może rano trzeba będzie ich szukać.

Gdzie Koła Poniosą - pomnik "Wojownika na koniu"

Gdzie Koła Poniosą – pomnik „Wojownika na koniu”

Gdzie Koła Poniosą - monastry nad Jeziorem Ochrydzkim

Gdzie Koła Poniosą – monastry nad Jeziorem Ochrydzkim

Po Ochrydzie ruszyliśmy w kierunku Albanii, gdzie odwiedziliśmy Berat, by następnie udać się w kierunku wybrzeża. Noc spędziliśmy na plaży, a dodatkowym smaczkiem była Noc Perseidów, która umiliła chwile przed zaśnięciem. Następnego ranka poświęciliśmy pół dnia na smażing i plażing, by wreszcie wyjechać w kierunku stolicy Grecji.

Gdzie Koła Poniosą - zasypianie pośród szumu fal jest naprawdę niesamowite

Gdzie Koła Poniosą – zasypianie pośród szumu fal jest naprawdę niesamowite

Śladami antycznej Grecji

Ateny. Najdalej wysunięty punkt naszej podróży. Jako dzieciak zagrywałem się w strategie takie, jak Age of Mythology czy Age of Empires, gdzie kultura starożytna grała pierwsze skrzypce. Z tego też powodu całe życie marzyłem, by zobaczyć na własne oczy nie tylko Akropol, ale także świątynię w Delfach, do której udaliśmy się najpierw. Musicie wiedzieć, że główny budynek, czyli Świątynia Apollina, będąca siedzibą Wyroczni Delfickiej, została wzniesiona prawie 2700 lat temu! Pozostałe ruiny były nieco młodsze, ale wciąż starsze niż wszystkie budowle, jakie miałem okazje w życiu oglądać. Mieliśmy szczęście, że tego dnia kompleks nie był odwiedzany przez wielu turystów – chodząc wśród resztek majestatycznych niegdyś budowli, niemal czułem echo przeszłości, które wciąż żyje w nadal stojących twardo kolumnach. Przy okazji warto wiedzieć, że w całej Grecji za wejściówki nie zapłaciliśmy ani grosza, a to wszystko dzięki byciu studentem.

Gdzie Koła Poniosą - cudowne ruiny świątyni Ateny w Delfach

Gdzie Koła Poniosą – cudowne ruiny świątyni Ateny w Delfach

W końcu nadszedł czas na Akropol. Zdjęcia w internecie, nawet te zamieszczone w tym artykule, nie oddają w pełni majestatu tego miejsca. Bo chociaż ogromny tłum turystów nieco popsuł nasze wrażenia, to jednak nie na tyle, by przestać się tym miejscem zachwycać. Resztę dnia poświęciliśmy na zwiedzanie stolicy, zaś nocleg ponownie musieliśmy zorganizować w środku busa, bo po drodze nie udało nam się niczego znaleźć. Niemal cały następny dzień poświęciliśmy na jazdę w kierunku Salonik, zaś na nocleg zatrzymaliśmy się na greckiej plaży, tuż pod miastem. Plaży, która – jak się okazało – nie pożegnała nas zbyt przyjaźnie.

Gdzie Koła Poniosą - najbardziej oddalony cel podróży, czyli Akropol!

Gdzie Koła Poniosą – najbardziej oddalony cel podróży, czyli Akropol!

Dzień osiemnasty

Osiemnastka stała się dla załogi pechową liczbą, jeśli można to tak nazwać. Kiedy rano chcieliśmy ruszyć dalej, jedno koło zaczęło niemiłosiernie boksować w piachu. Niestety nawet szybka reakcja nie uchroniła nas przed zakopaniem się głębiej. Początkowo podchodziliśmy do sprawy z humorem, ale każda następna i nieudana próba sprawiała, że zaczęliśmy odczuwać lekkie zdenerowanie. No, przynajmniej ja. Wyciągnięcie z piachu półtoratonowego żelastwa nie powiodło się także przyjaznemu Grekowi, aczkolwiek to prawdopodobnie przez fakt, iż próbował nas wyciągnąć Fiatem Pandą. Dopiero znaleziony w miasteczku obok inny Grek z porządnym pickupem dał radę nas wyciągnąć tylko po to, byśmy zakopali się po drugiej stronie ścieżki. A, bym zapomniał! Przez całą procedurę wyciągania wspomagał nas podróżujący kamperem Brytyjczyk. Z jego pomocą i bez pickupa daliśmy radę drugi raz, a po krótkim odpoczynku ruszyliśmy wreszcie w stronę Salonik. Myśleliśmy, że nic gorszego już nam się nie może przytrafić. A na pewno nie tego samego dnia.

Gdzie Koła Poniosą - Biała Wieża w Salonikach

Gdzie Koła Poniosą – Biała Wieża w Salonikach

W Salonikach (bądź też Tesalonikach) zwiedziliśmy słynną Białą Wieżę (która już taka biała nie jest, ale nazwa została) i kawałek miasta, oraz naprawdę klimatyczną burgerownię. Następnie bez zwłoki dojechaliśmy niemal do granicy z Bułgarią, gdzie urządziliśmy sobie nocleg na stacji benzynowej. Tego dnia ja zamykałem całego busa, bo korzystając z okazji i kranu z bieżącą wodą, zrobiłem sobie pranie. Nawiasem, nie zawsze mieliśmy takie luksusy – czasami pranie robiliśmy w jeziorze, czasami pod butelką wody. Gdy reszta załogi poszła spać, ja jeszcze sprawdzałem, czy wszystko dobrze jest zamknięte. I całe szczęście, że zrobiłem to trzy razy. Potem poszedłem spać.

Gdzie Koła Poniosą - Grecja nie pożegnała nas zbyt przyjaźnie...

Gdzie Koła Poniosą – Grecja nie pożegnała nas zbyt przyjaźnie…

Noc

Alarm. Zaspani wygramoliliśmy się z namiotów. Dominika zdążyła jeszcze zobaczyć, jak ktoś ucieka w stronę pobliskiego samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Po początkowym szoku wyłączyłem wyjący alarm i zerknąłem na zegarek – trzecia w nocy. Gdy podszedłem bliżej busa, usłyszałem, jak przez mgłę: „rozbili nam szybę”. Szybę. W środku nocy na odludnej stacji ktoś najwyraźniej próbował nam podpieprzyć busa. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby ta próba się powiodła. Co prawda dokumenty i najważniejsze rzeczy mieliśmy przy sobie, ale jednak byliśmy półtora tysiąca kilometrów od domu. Nieco przestraszeni zwinęliśmy namioty i po uprzątnięciu resztek szkła pojechaliśmy do Bułgarii z nadzieją, że może w stolicy uda się coś na ten problem poradzić.

A więc postanowione – wracamy

Nie udało się. Z pomocą jednego z mechaników (jako jeden z niewielu umiał angielski) przez trzy godziny obdzwanialiśmy wszystkich okolicznych szklarzy. Najczęściej słyszeliśmy, że nic nie mogą nam zaoferować; rzadziej, że mogą nam taką szybę załatwić za parę dni. Takie opóźnienie nie wchodziło w grę, a zatem, niestety z bólem, postanowiliśmy odpuścić resztę Bułgarii i jechać prawie prosto do domu. Co wcale nie oznaczało, że całkowicie rezygnujemy ze zwiedzania – została nam przecież jeszcze Rumunia. Brak szyby wymusił delikatną zmianę sposobu zwiedzania – podzieliliśmy się na dwie grupy, by cały czas ktoś siedział w poczciwym Sznyclu. W ten sposób zwiedziliśmy Sighisoarę, czyli miasteczko, gdzie znajduje się dom Hrabiego Drakuli, oraz Hunedoarę, gdzie podziwialiśmy majestatyczny, średniowieczny zamek.

Gdzie Koła Poniosą - Trasa Transfogarska

Gdzie Koła Poniosą – Trasa Transfogarska

Jednakże, zanim do tego doszło, pojechaliśmy „wypróbować” busa na Trasie Transfogarskiej. Trasa ta wiedzie przez wysokie góry i malownicze doliny, a zatem obfituje w spore różnice wysokości. Jeśli kiedykolwiek myśleliście, że wasz samochód niezbyt dobrze radzi sobie ze wzniesieniami, to powinniście zobaczyć Sznycla w akcji. Nie tylko tutaj. Także w Albanii, podczas zjeżdżania z gór, zdarzały się strome podjazdy, gdzie musieliśmy gnać na pierwszym biegu z zawrotną prędkością dwudziestu paru kilometrów na godzinę. Ale bus wytrzymał! Tak naprawdę jedynymi „uszkodzeniami” były urwany tłumik, który sprawnie przywiązaliśmy za pomocą kawałka drutu, oraz popsuta wycieraczka, na szczęście po stronie pasażera.

Gdzie Koła Poniosą - malowiczna Sighisoara. Potrafisz dostrzec busa na jednym z parkingów?

Gdzie Koła Poniosą – malowiczna Sighisoara. Potrafisz dostrzec busa na jednym z parkingów?

Gdzie Koła Poniosą - zamek w Hunedoarze

Gdzie Koła Poniosą – zamek w Hunedoarze

I wróciliśmy

Tak oto kończy się ta historia. Oczywiście wszystko opisane jest w bardzo dużym skrócie, bo o wszystkich szczegółach nie sposób wspomnieć w jednym artykule. Ba, aby dokładnie opowiedzieć wszystkie niuanse, potrzebowałbym co najmniej średniej wielkości książki. Kto wie, może kiedyś przyjdzie na to czas. Tymczasem, gdybym chciał w jakiś sposób podsumować naszą wyprawę, powiedziałbym, że mocno zmieniła moje myślenie. Szczególnie w kontekście tego, co się da, a czego się nie da. Bo wiecie, większość osób powiedziałaby, że starym busem nie dojedziemy nawet do granicy. Osiągnięcie Aten mogło się wydawać jakimś abstrakcyjnym celem, jeśli wcześniej nie brało się w czymś takim udziału. Ze mną nie jest inaczej – byłem prawie pewien, że zaliczymy po drodze jakąś poważniejszą awarię. Szapo ba, Sznycel. Szapo ba, szefowie :)

Gdzie Koła Poniosą - ostatnie wspólne zdjęcie załogi

Gdzie Koła Poniosą – ostatnie wspólne zdjęcie załogi

Pomimo tego, iż odpuściliśmy w Bułgarii stolicę i wybrzeże, oraz nie zawitaliśmy do ukraińskiego Lwowa, myślę, że śmiało możemy mówić o dużym sukcesie. Sam dystans pokonany trzydziestoczteroletnim i zapewne wyeksploatowanym busem już może budzić podziw. Dodajmy do tego dokładnie zero groszy wydane na noclegi, mycie się, oraz pewne, choć nie tak wielkie niedogodności z tym związane. Bo chociaż osobiście myślałem, że zniosę to znacznie ciężej, okazało się, że warunki pozwoliły nam na zasmakowanie odrobiny komfortu. Przy okazji – wiecie, ile litrów wody potrzeba do umycia dorosłego człowieka, mając do dyspozycji plastikową butelkę? Pięć. A wiecie, ile średnio zużywa się w wannie, czy pod prysznicem? Jeśli nie, to lepiej nie sprawdzajcie.

Gdzie Koła Poniosą następnym razem?

Jeśli, drogi Czytelniku bądź Czytelniczko, dotrwaliście do tego momentu, to szczere uszanowanko za ciekawość odnośnie naszych losów. Chciałbym, aby ta podróż mogła stać się dla kogoś inspiracją; żeby pokazała, że się da. Że przejechanie choćby tych dwóch tysięcy kilometrów (bo tyle jest bezpośrednio z Kielc do Aten) nie jest czymś niemożliwym nawet wtedy, gdy do dyspozycji ma się tak stary samochód. Temperatury w ciągu dnia cały czas przekraczały trzydzieści stopni, więc możecie sobie wyobrazić, jak bardzo nagrzany w środku bywał Sznycel. Czasami nie mogliśmy znaleźć dobrego noclegu i zmuszeni byliśmy spać w busie bądź w namiotach, ale na betonie. Wszystko to rekompensowały nam te piękniejsze noce, czy to nad jeziorem, czy to nad morzem, czy w górach, czy w dolinach. I serio, zupki błyskawiczne (czy tam chińskie, jak kto woli) nie są takie złe, za jakie się je powszechnie uważa :)

A jak brzmi odpowiedź na powyższe pytanie? Gdzie koła poniosą Sznycla następnym razem? Tego nie wie nikt. Prawda jest jednak taka, że do zwiedzenia zostało sporo; jeśli nie cały świat, to przynajmniej cała Europa. Jeśli zainteresowała Cię nasza historia, zapraszam na facebookową stronę oraz na instagramowy profil, gdzie prosto z podróży relacjonowaliśmy wydarzenia niemal na żywo. I cóż, pozostaje mi życzyć nam i wszystkim innym wielu owocnych podróży. Szerokiej drogi!

More in Podróże