Nowe Walkmany Sony mają niewiele wspólnego z urządzeniem, które wielu z nas pamięta z kieszeni kurtki, szkolnego autobusu albo wakacyjnego wyjazdu. Kiedyś Walkman oznaczał kasetę magnetofonową, charakterystyczne słuchawki i ołówek lub długopis noszony gdzieś obok. Dzisiejsza młodzież może nie wiedzieć, po co ten ostatni był potrzebny, ale każdy, komu taśma postanowiła wyjść z kasety, doskonale pamięta ręczne przewijanie i ratowanie sytuacji.

Dziś Sony pokazuje NW-WM1ZM3 i NW-WM1AM3 – urządzenia z Androidem, ekranem 5,5 cala, Wi-Fi i podzespołami audio, przy których dawny Walkman wygląda jak eksponat muzealny. Najdroższy model kosztuje w Polsce aż 21 499 zł. I tutaj pojawia się pytanie znacznie ciekawsze niż sama specyfikacja: czy w czasach Spotify, Tidala, Apple Music i telefonu mieszczącego wirtualnie miliony albumów osobny odtwarzacz muzyki ma jeszcze jakikolwiek sens?
Kiedyś Walkman, kaseta i obowiązkowo ołówek
Pierwszy Walkman pojawił się w 1979 roku i zrobił coś, co dziś wydaje się absolutnie oczywiste – pozwolił zabrać własną muzykę ze sobą. Wcześniej słuchanie albumu było znacznie mocniej związane z konkretnym miejscem. Sony sprawiło, że muzyka zaczęła chodzić razem z właścicielem i właśnie dlatego Walkman stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych urządzeń elektronicznych swojej epoki.
Później mieliśmy kolejne generacje, Discmanów, Minidisc, odtwarzacze MP3 i w końcu smartfony. Dziś kaseta magnetofonowa jest dla młodszych osób mniej więcej tym, czym dla nas kiedyś była płyta szelakowa – o tym nawet Milenialsi nie wiedzą i ja się do tego grona zaliczałem do niedawna. A kwestia ołówka? Jeśli kaseta zaczynała „wypluwać” taśmę albo trzeba było ją ręcznie przewinąć bez zużywania baterii odtwarzacza, wkładało się ołówek w jedną ze szpul i kręciło. Proste, skuteczne i absolutnie niezrozumiałe dla człowieka wychowanego na przycisku „następny utwór”.
Sony najwyraźniej pamięta o tej historii, bo nowe Walkmany Sony dostały nawet interfejs i wygaszacz ekranu stylizowany na kasetę magnetofonową. Wyświetlany rodzaj kasety zmienia się zależnie od kodeka odtwarzanej muzyki. Trochę nostalgia, trochę mrugnięcie okiem do osób, które naprawdę pamiętają czasy przewijania taśmy długopisem. I akurat ten detal bardzo mi się podoba.

Ale po co Walkman, skoro wszystko mam w telefonie?
To najbardziej oczywiste pytanie. Telefon mamy zawsze przy sobie. Mamy na nim Spotify, Tidala, Apple Music, YouTube Music i praktycznie dowolny inny serwis. Biblioteka licząca dziesiątki milionów utworów waży dokładnie tyle samo co telefon, niezależnie od tego, czy słuchasz pięciu albumów, czy pięciu tysięcy.
Z punktu widzenia wygody smartfon wygrywa bez dyskusji. Nie trzeba pamiętać o kolejnym urządzeniu, ładowarce i aktualizacjach. Nie trzeba kopiować plików. Podłączasz słuchawki – najczęściej te bezprzewodowe i gotowe. Dla zdecydowanej większości ludzi na tym dyskusja może się zakończyć.
Tylko że streaming zmienił jeszcze jedną rzecz. Kiedy kupowałeś kasetę, płytę CD albo album w postaci plików, miałeś swoją kopię. Mogłeś jej słuchać niezależnie od tego, czy wydawca zmienił umowę z platformą albo artysta pokłócił się z serwisem. Streaming daje przede wszystkim dostęp, nie własność. Oczywiście aplikacje pozwalają pobierać albumy do odsłuchu offline, ale nadal funkcjonują one w ramach abonamentu i konkretnej usługi.
Nowe Walkmany Sony przypominają o posiadaniu muzyki
I właśnie tutaj nowe Walkmany Sony robią się trochę bardziej interesujące. NW-WM1ZM3 ma 256 GB wbudowanej pamięci, natomiast NW-WM1AM3 – 128 GB. Oba pozwalają dodatkowo korzystać z kart pamięci. Możesz więc zbudować własną bibliotekę FLAC-ów, WAV-ów, plików DSD czy innych formatów i mieć ją fizycznie zapisaną na urządzeniu.
Internet może przestać działać. Serwis streamingowy może zmienić ofertę. Album może zniknąć z katalogu. Twoje pliki nadal będą tam, gdzie je zostawiłeś. Dla części osób brzmi to jak rozwiązanie problemu, którego nie mają. Dla innych – szczególnie kolekcjonerów muzyki – jest to jedna z największych zalet osobnego odtwarzacza.
Co ciekawe, Sony nie próbuje jednocześnie udawać, że streaming nie istnieje. Oba Walkmany działają na Androidzie i mają Wi-Fi, więc można zainstalować aplikacje muzyczne i korzystać z nich podobnie jak na smartfonie. Różnica polega na tym, że streaming staje się jedną z możliwości, a nie jedynym sposobem słuchania muzyki.

A później zaczyna się audiofilska część zabawy
Jeżeli do tej pory wszystko było w miarę zrozumiałe, teraz zaczynamy wchodzić na teren, na którym określenie „miedziany element obudowy” przestaje być wyłącznie opisem materiału. Nowe Walkmany Sony z serii Signature zostały zaprojektowane przede wszystkim pod kątem możliwie wysokiej jakości dźwięku.
NW-WM1ZM3 wykorzystuje główną obudowę wykonaną z pozłacanej miedzi beztlenowej o czystości 99,99%. Z miedzi OFC wykonano również tylną część konstrukcji, zastosowano pozłacane śruby oraz przewody KIMBER KABLE. Tańszy NW-WM1AM3 zamiast miedzianej głównej obudowy ma konstrukcję ze stopu aluminium, ale również wykorzystuje tylny panel z pozłacanej miedzi beztlenowej.
Sony dorzuciło cyfrowy wzmacniacz S-Master HX, wyjście symetryczne 4,4 mm, DSD Remastering Engine i szereg rozwiązań związanych z zasilaniem oraz ograniczaniem zakłóceń. PCM może być przetwarzany do strumienia DSD 11,2 MHz, a DSEE Ultimate wykorzystuje algorytmy do poprawiania materiałów skompresowanych i nagrań o jakości CD. Brzmi imponująco. Szczególnie dla tych, którzy niebawem wybierają się na Audio Video Show w Warszawie. Tylko trzeba zachować proporcje.

Bez dobrych słuchawek połowa tej historii nie ma sensu
Kupienie Walkmana za 21 499 zł i podłączenie do niego przypadkowych słuchawek Bluetooth za kilkaset złotych przypomina trochę zakup sportowego samochodu po to, żeby codziennie przejeżdżać nim 800 metrów do piekarni. Da się. Tylko po co?
Różnica pomiędzy smartfonem a dedykowanym odtwarzaczem tej klasy zaczyna mieć znaczenie przede wszystkim wtedy, gdy reszta toru audio również jest na odpowiednim poziomie. Dobre przewodowe słuchawki, nagrania wysokiej jakości i człowiek, który rzeczywiście siada, żeby słuchać muzyki, a nie tylko mieć ją w tle podczas odpisywania na Teamsach.
To także jedna z odpowiedzi na pytanie, dla kogo są nowe Walkmany Sony. Nie dla przeciętnego użytkownika. Nie nawet dla większości osób, które po prostu lubią muzykę. To sprzęt dla entuzjastów, którzy są gotowi zapłacić bardzo dużo za ostatnie kilka procent jakości i traktują słuchanie podobnie jak miłośnik winyli traktuje swój gramofon.
Chcesz kupić nowe Walkmany Sony? Zerknij przy okazji na słuchawki Sony WH-1000XM4C.
21 499 zł za Walkmana. Tak, dobrze przeczytałeś
Nowe Walkmany Sony kosztują swoje. W Polsce NW-WM1ZM3 został wyceniony na 21 499 zł. Tańszy NW-WM1AM3 kosztuje 10 999 zł. Oba urządzenia pojawiają się w przedsprzedaży, a dostawy mają rozpocząć się pod koniec listopada.
To absurdalnie dużo pieniędzy, jeśli patrzymy na nowe Walkmany Sony wyłącznie jako urządzenie służące do puszczania muzyki. Za 21 tys. zł można kupić bardzo dobry smartfon, świetne słuchawki i nadal zostać z pokaźną kwotą na koncerty. Ale dokładnie tak samo można powiedzieć o drogim wzmacniaczu, gramofonie czy kolumnach za kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Hi-end audio od dawna nie rządzi się wyłącznie rachunkiem opłacalności. Tutaj płaci się za konstrukcję, komponenty, wykonanie i coraz mniejsze różnice, które dla większości osób będą kompletnie nieistotne, a dla entuzjasty mogą być powodem do spędzenia wieczoru na ponownym przesłuchaniu ulubionego albumu.
Nowoczesny Walkman jest trochę zaprzeczeniem współczesnego słuchania
Oba modele mają 5,5-calowe ekrany, Wi-Fi, Bluetooth, Androida i umożliwiają streaming, więc technologicznie nie próbują wracać do 1985 roku. Akumulator pozwala na około 35 godzin odtwarzania MP3, około 33 godziny przy FLAC 96 kHz i do 31 godzin podczas korzystania z aplikacji streamingowych w trybie offline.
Mimo wszystko filozofia stojąca za tym sprzętem wydaje się trochę staromodna. Telefon zachęca do robienia wszystkiego jednocześnie. Słuchasz muzyki, przychodzi wiadomość, odpisujesz, sprawdzasz Instagram, czytasz maila i po pięciu minutach kompletnie nie pamiętasz, jaki utwór właśnie leciał.
Walkman jest urządzeniem stworzonym tylko do muzyki. Brzmi jak ograniczenie, ale dla niektórych właśnie to może być zaletą. Nie ma aparatu, nie zastąpi komunikatora i raczej nie będziesz na nim oglądał rolek podczas słuchania albumu. Bierzesz słuchawki, wybierasz płytę i słuchasz. Może właśnie dlatego po 47 latach od premiery pierwszego modelu Walkman nadal istnieje.
Czy nowe Walkmany Sony są nam potrzebne?
Większości z nas? Absolutnie nie. Telefon i dobre słuchawki wystarczą do słuchania muzyki w samochodzie, pociągu, samolocie, na siłowni czy podczas spaceru. Streaming jest niewiarygodnie wygodny i trudno dobrowolnie zrezygnować z możliwości znalezienia niemal dowolnego albumu w kilka sekund.
Ale nowe Walkmany Sony nie próbują być produktem dla większości. Przypominają raczej, że pomiędzy „mam dostęp do muzyki” a „mam swoją kolekcję muzyki” nadal istnieje różnica. I to kolosalna! Do tego dochodzi jakość dźwięku, która przy odpowiednich słuchawkach i dobrym materiale może być ważniejsza od całej wygody świata.
Najzabawniejsze jest jednak to, jak historia zatoczyła koło. Kiedyś nosiliśmy Walkmana, kasety i ołówek. Potem telefon zastąpił cały ten zestaw jednym urządzeniem. Teraz Sony proponuje nam znowu osobny odtwarzacz muzyki – tyle że z Androidem, Wi-Fi, pozłacaną miedzią i ceną używanego samochodu. A na ekranie? Kaseta. Ołówka na szczęście już nosić nie trzeba.