GWM HAVAL H7 wjeżdża do Polski z ceną, która może sprawić, że część klientów zatrzyma się przy nim na trochę dłużej. Za 143 900 zł dostajemy dużego SUV-a o długości 4,8 metra, prześwicie 210 mm, z pełnowymiarowym kołem zapasowym zawieszonym na tylnej klapie i stylistyką, która bardzo szybko uruchamia skojarzenia z Land Roverem Defenderem.

Oczywiście nie twierdzę, że mamy tutaj jego chińską kopię, ale kanciasta sylwetka, masywne nadkola i terenowe dodatki zdecydowanie grają na podobnych emocjach. Pod maską może pracować klasyczna 2-litrowa benzyna, hybryda 1.5 albo hybryda plug-in, a najmocniejsza odmiana rozwija aż 435 KM. Do tego dochodzi sporo wyposażenia już w podstawie i 7-letnia gwarancja. Pytanie brzmi więc dość prosto: czy 143 tys. zł wystarczy, żeby polski klient złapał tę przynętę?

GWM HAVAL H7 wygląda jak auto, które chce zjechać z asfaltu
Pierwsze skojarzenie po spojrzeniu na GWM HAVAL H7 trudno całkowicie wyrzucić z głowy. Kanciasta bryła, pionowo poprowadzony przód, duże nadkola, relingi, wysoka sylwetka i pełnowymiarowe koło zapasowe zawieszone na otwieranej na bok tylnej klapie sprawiają, że samochód momentami wygląda jak chińska odpowiedź na Defendera. Nie chodzi jednak o kopiowanie konkretnych detali, tylko o ogólny klimat. Ten samochód ma wyglądać tak, jakby błoto nie było dla niego problemem, nawet jeśli większość egzemplarzy prawdopodobnie spędzi życie pomiędzy osiedlowym garażem, obwodnicą i parkingiem pod Lidlem.
Wymiary też nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia z niewielkim crossoverem. GWM HAVAL H7 mierzy 4800 mm długości, 1950 mm szerokości i 1843 mm wysokości. Rozstaw osi wynosi 2738 mm, a prześwit 210 mm. Kąt natarcia ma 25 stopni, a zejścia 32 stopnie, więc przynajmniej na papierze nie jest to wyłącznie stylistyczna przebieranka. Wariant benzynowy z napędem 4WD może dodatkowo ciągnąć przyczepę z hamulcem o masie do 2300 kg, a na tylnej osi zastosowano elektroniczną blokadę mechanizmu różnicowego.
To nadal jednak przede wszystkim pięcioosobowy SUV do normalnego życia. I chyba właśnie tutaj GWM próbuje znaleźć swoją niszę: dać klientowi wygląd auta terenowego, ale bez zmuszania go do codziennego życia z prawdziwą terenówką.

2.0 turbo dla tych, którzy nie chcą kombinować
Najbardziej klasyczny wariant wykorzystuje turbodoładowany silnik benzynowy 2.0 generujący 215 KM i 380 Nm. Współpracuje on z 9-biegową skrzynią dwusprzęgłową 9DCT, a klient może wybrać napęd na przód albo na wszystkie cztery koła. Wersja 2WD przyspiesza do 100 km/h w 8,3 sekundy, natomiast 4WD potrzebuje 7,9 sekundy.
Nie są to liczby, przy których będziemy przestawiać narządy wewnętrzne pasażerom, ale zupełnie wystarczające dla dużego rodzinnego SUV-a. Znacznie bardziej interesujące jest spalanie, bo według WLTP wynosi ono 9,0 l/100 km w wersji przednionapędowej i 9,6 l/100 km przy 4WD. Trudno nazwać to wynikiem ekonomicznym, ale też trudno oczekiwać cudów po dużym, wysokim SUV-ie z 2-litrową turbobenzyną.
Za to dla klienta, który nie chce zastanawiać się nad ładowaniem, bateriami i trybami pracy układu hybrydowego, taki wariant może być najprostszym wyborem. Tankujemy, jedziemy i nie robimy z posiadania samochodu dodatkowego hobby.

Hybryda 1.5 ma 248 KM i nie potrzebuje kabla
Druga opcja to klasyczna hybryda wykorzystująca benzynowe 1.5 turbo pracujące w cyklu Millera, silnik elektryczny oraz niewielką baterię o pojemności 1,53 kWh. Łączna moc układu wynosi 248 KM, a samochodu nie podłączamy do gniazdka.
Wersja z napędem na przednią oś ma zużywać średnio 6,5 l/100 km. Odmiana 4WD rozwija aż 670 Nm, rozpędza się do setki w 7 sekund i według WLTP potrzebuje 7 l/100 km. I właśnie ten wariant może być bardzo rozsądnym środkiem gamy. Mamy wyraźnie niższe spalanie niż w benzynie, więcej mocy, a jednocześnie nie musimy mieć garażu z wallboxem ani pamiętać o ładowaniu samochodu.
Patrząc na to, jak wiele dużych SUV-ów jest dziś użytkowanych głównie w mieście i na trasach szybkiego ruchu, właśnie taka hybryda może okazać się najłatwiejsza do zaakceptowania dla przeciętnego użytkownika.

Plug-in ma nawet 435 KM. I tutaj robi się ciekawie
Najbardziej efektowne liczby pojawiają się jednak przy GWM HAVAL H7 PHEV. Tutaj również pracuje jednostka 1.5 turbo, ale bateria ma już pokaźne 33,7 kWh. To pojemność, którą jeszcze kilka lat temu miały niektóre pełnoprawne samochody elektryczne.
Przednionapędowa odmiana plug-in oferuje 326 KM i 535 Nm, a producent deklaruje nawet 150 km jazdy wyłącznie na prądzie. Średnie spalanie homologacyjne wynosi 1,5 l/100 km, choć jak zawsze przy PHEV trzeba pamiętać, że taki wynik ma sens przede wszystkim przy regularnym ładowaniu baterii.
Najmocniejszy wariant 4WD wykorzystuje technologię Hi4 i dwa silniki elektryczne. Łącznie mamy 435 KM i 670 Nm, a 100 km/h pojawia się po zaledwie 4,9 sekundy. Jak na dużego SUV-a z kołem zapasowym na klapie robi się już naprawdę szybko. Zasięg elektryczny wynosi do 129 km, natomiast deklarowane spalanie to 2,2 l/100 km.
Obie wersje plug-in można ładować prądem stałym z mocą do 85 kW. Uzupełnienie energii od 30 do 80% ma zajmować około 18,6 minuty. Jest też funkcja V2L i gniazdo 230 V, więc z baterii samochodu można zasilać zewnętrzne urządzenia. Jeśli ktoś faktycznie wybiera się tym autem na camping albo działkę, może się to okazać dużo bardziej użyteczne niż kolejny podświetlany ekran w kabinie.

Za 143 900 zł wyposażenie jest naprawdę bogate
Cena bazowa GWM HAVAL H7 wynosi promocyjnie 143 900 zł, natomiast odmiany 4WD zaczynają się od 162 900 zł. Przy obecnych cenach nowych SUV-ów te kwoty nie brzmią już jak dumping rodem z pierwszej fali chińskich samochodów. Są jednak wystarczająco niskie, żeby zacząć porównywać wyposażenie.
Już wersja Origin ma reflektory LED, 18-calowe felgi, częściowo otwierany panoramiczny dach, tapicerkę ze skóry ekologicznej, podgrzewane przednie fotele, podgrzewaną kierownicę, dwustrefową klimatyzację, cyfrowe zegary 12,3 cala oraz centralny ekran 15,6 cala. Do tego dochodzą bezprzewodowy Apple CarPlay i Android Auto, ładowarka indukcyjna 50 W oraz system kamer 540°, który potrafi pokazać również przestrzeń pod samochodem.
Wyższa odmiana Explore dorzuca między innymi 19-calowe koła, wentylowane przednie fotele, podgrzewaną tylną kanapę, wyświetlacz przezierny, rozbudowane audio i oświetlenie ambientowe. Czyli znowu klasyczna chińska strategia: dać klientowi dużo wyposażenia w standardzie, żeby podczas porównania z europejskim rywalem lista dodatkowych opcji zaczęła wyglądać trochę niezręcznie.

7 lat gwarancji ma uspokoić tych, którzy nadal boją się chińskiej marki
I tutaj dochodzimy do największego problemu każdego nowego producenta wchodzącego do Polski. Można mieć 435 KM, panoramiczny dach i kamerę pokazującą kamienie pod samochodem, ale klient wydający 150 czy 180 tys. zł chce przede wszystkim wiedzieć, co będzie z autem za pięć lat.
GWM próbuje ten lęk ograniczyć gwarancją wynoszącą 7 lat lub 150 tys. km. Bateria trakcyjna jest chroniona przez 8 lat albo 160 tys. km, lakier przez 5 lat, natomiast ochrona przed perforacją nadwozia trwa 12 lat. Dystrybutor podkreśla też obecność magazynu części w Błoniu pod Warszawą, z którego elementy mają trafiać do autoryzowanych serwisów nawet następnego dnia roboczego. To ważne, bo właśnie dostępność części, liczba serwisów i wartość samochodu na rynku wtórnym będą dla HAVALA znacznie trudniejszym testem niż sprint do setki.
Czy klient złapie przynętę?
Na papierze GWM HAVAL H7 wygląda jak samochód przygotowany według przepisu, którym chińscy producenci coraz częściej próbują zdobywać Europę. Bierzemy dużego SUV-a, nadajemy mu terenową sylwetkę, dokładamy bogate wyposażenie, kilka bardzo różnych napędów, długą gwarancję i ustawiamy cenę na poziomie, który zmusza do przynajmniej krótkiego zastanowienia.
143 900 zł za 4,8-metrowego SUV-a brzmi ciekawie. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy dodamy 210 mm prześwitu, panoramiczny dach, kamery 540°, podgrzewane fotele i możliwość wyboru pomiędzy zwykłą benzyną, klasyczną hybrydą i mocnym plug-inem. Z drugiej strony znaczek HAVAL nadal nie ma w Polsce takiej wartości jak Toyota, Skoda, Volkswagen czy Hyundai, a dla wielu klientów właśnie to będzie miało większe znaczenie niż dodatkowe 50 KM albo kolejny ekran.
Dlatego określenie „chiński Defender za 143 tys. zł” dobrze przyciąga uwagę, ale prawdziwa walka zacznie się dopiero później. Przy jakości wykonania, prowadzeniu, wyciszeniu, działaniu systemów asystujących, serwisie i wartości rezydualnej.
Przez cały listopad GWM HAVAL H7 będzie jeździł po Polsce w ramach roadshow (zobacz stronę producenta – GWM Polska, by sprawdzić w jakich miastach się pojawi), a pierwsze egzemplarze mają trafić do salonów jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Niedługo więc okaże się, czy klienci tylko podejdą obejrzeć „tego chińskiego Defendera”, czy rzeczywiście wyciągną portfel. Bo przynęta została zarzucona całkiem dobrze. Teraz trzeba sprawdzić, czy ktoś ją połknie.