Brent kosztuje dziś około 92 USD za baryłkę i znalazł się najwyżej od końcówki lipca. Rynek reaguje na utrzymujące się ryzyko ograniczenia dostaw z Bliskiego Wschodu oraz problemy z przepływem surowca przez cieśninę Ormuz. Dla polskiego kierowcy nie oznacza to jednak, że jutro rano wszystkie cyfry na pylonach przesuną się o 20 groszy w górę. Pomiędzy baryłką ropy a pistoletem dystrybutora znajduje się jeszcze dolar, rafineria, rynek gotowych paliw, podatki i marża stacji. Co więcej, obecny kryzys jest nietypowy, bo problemem zaczyna być nie tylko droga ropa, ale również ograniczona dostępność gotowego diesla i benzyny. Dlatego ceny paliw mogą rosnąć nawet wtedy, gdy Brent zatrzyma się w miejscu.

Ceny paliw nie zależą wyłącznie od ropy
Najprostszy błąd polega na spojrzeniu na notowania Brent i próbie bezpośredniego przełożenia ich na cenę litra benzyny. Dzisiaj baryłka Brent kosztuje około 91,97 dolara. Przy kursie dolara w pobliżu 3,70 zł daje to około 340 zł za baryłkę. Ponieważ baryłka zawiera około 159 litrów, sam surowiec odpowiada w bardzo uproszczonym rachunku za około 2,14 zł na litr.
To oczywiście nie jest koszt litra benzyny. Z baryłki powstaje wiele produktów, a później dochodzą rafinacja, transport, biokomponenty, magazynowanie, podatki i marże. Ten rachunek dobrze pokazuje jednak skalę zmian.
Gdyby Brent wzrósł z 92 do 100 dolarów przy niezmienionym kursie dolara, koszt samego surowca zwiększyłby się w przybliżeniu o 19 groszy na litr. Przy 110 dolarach różnica wynosiłaby już około 42 grosze. I dopiero później zaczyna się cała reszta.

Dolar może uratować kierowców albo pogorszyć sytuację
Ropa jest rozliczana w dolarach, dlatego dla polskich ceny paliw równie ważny jak Brent jest kurs USD/PLN. Obecnie dolar kosztuje około 3,70 zł. To relatywnie korzystna sytuacja, bo silniejszy złoty amortyzuje część wzrostów na światowych rynkach.
Przykład jest bardzo prosty. Przy Brent po 92 dolary i kursie 3,70 zł surowiec kosztuje w przeliczeniu około 2,14 zł na litr baryłki. Jeżeli ropa pozostanie na tym samym poziomie, ale dolar wzrośnie do 3,90 zł, wartość ta zwiększy się do około 2,26 zł.
Nie wydarzyło się nic z ropą, a mamy około 12 groszy dodatkowego kosztu wynikającego wyłącznie z waluty. Dlatego znacznie gorszy dla kierowców byłby scenariusz, w którym jednocześnie Brent przebija 100 dolarów i zaczyna osłabiać się złoty.
Diesel może być większym problemem niż benzyna
W normalnych warunkach można byłoby powiedzieć: Brent drożeje, za kilka lub kilkanaście dni hurt idzie w górę, a później wzrost trafia na stacje.
Dzisiaj sytuacja jest bardziej niewygodna. Na globalnym rynku zaczyna brakować gotowych produktów rafineryjnych, szczególnie diesla. Problemy z rafineriami na Bliskim Wschodzie i w Rosji ograniczyły podaż, a europejskie marże na oleju napędowym osiągały w ostatnich tygodniach rekordowe poziomy. Jeszcze 17 sierpnia amerykański spread rafineryjny na dieslu przekroczył po raz pierwszy 100 dolarów na baryłce, co dobrze pokazuje skalę napięcia na rynku. To oznacza, że ceny paliw mogą rosnąć szybciej niż wynikałoby z samej ropy.
Rafineria kupuje surowiec, ale sprzedaż gotowego diesla odbywa się według warunków na rynku produktów. Jeżeli gotowego paliwa brakuje, jego cena może utrzymywać się bardzo wysoko nawet wtedy, gdy Brent przestanie drożeć.
W Europie właśnie taki mechanizm zaczyna być widoczny. Zapasy diesla są napięte, import spadł, a część światowych rafinerii pracuje poniżej normalnych możliwości. Dlatego właściciele diesli powinni obserwować rynek szczególnie uważnie.

Hurt już wcześniej zaczął rosnąć
Sygnały napięcia były widoczne jeszcze przed dzisiejszym wzrostem Brent. W połowie sierpnia średnia hurtowa cena oleju napędowego w polskich rafineriach wzrosła w ciągu tygodnia o niemal 320 zł za metr sześcienny, dochodząc do około 6526 zł. To odpowiada wzrostowi kosztu hurtowego rzędu 32 groszy na litrze, zanim zaczniemy mówić o detalicznej marży stacji.
I właśnie hurt jest dla kierowcy znacznie bardziej przydatnym wskaźnikiem niż codzienne patrzenie na Brent. Stacje nie kupują paliwa bezpośrednio z baryłki notowanej na giełdzie. Kupują gotowy produkt. Kiedy przez kilka kolejnych dni rosną cenniki hurtowe, w pewnym momencie operatorzy stacji zaczynają przenosić wyższy koszt na pylon. Zwykle odbywa się to z opóźnieniem liczonym w dniach lub nawet kilkunastu dniach.
Dlaczego ceny paliw na stacjach jeszcze nie eksplodowały?
Jest jeszcze jeden bardzo ważny element. Polski rynek nie działa obecnie w całkowicie normalnych warunkach. W sierpniu ponownie uruchomiono mechanizmy osłonowe ograniczające detaliczne ceny paliw. 17 sierpnia maksymalna cena Pb95 została ustalona na 6,41 zł/l, natomiast oleju napędowego na 7,37 zł/l przy uwzględnieniu obniżonego VAT.
Aktualna prognoza na okres 17–23 sierpnia zakłada około 6,35–6,47 zł za Pb95 i 7,29–7,42 zł za olej napędowy. W praktyce oznacza to, że pylon nie pokazuje dziś wyłącznie tego, co dzieje się na światowym rynku. Część presji jest amortyzowana przez państwowy mechanizm.
Dlatego szczególnie ważne będzie to, co wydarzy się po zakończeniu obecnych rozwiązań osłonowych. Jeżeli w tym momencie Brent nadal będzie w pobliżu 90–100 dolarów, dolar się umocni, a ceny hurtowe diesla pozostaną wysokie, stacje będą miały znacznie mniej miejsca na dalsze utrzymywanie obecnych poziomów.
Przy jakiej cenie ropy zaczynają rosnąć ceny paliw?
Nie istnieje jedna magiczna cena Brent, po której Pb95 automatycznie kosztuje określoną kwotę. Można jednak zarysować kilka scenariuszy.
Brent 90–95 USD i dolar około 3,70 zł – obecna sytuacja jest napięta, ale sam surowiec nie musi jeszcze wywołać gwałtownej podwyżki. Większym problemem pozostają marże rafineryjne i niedobory diesla.
Brent powyżej 100 USD przy obecnym dolarze – presja na ceny hurtowe wyraźnie wzrośnie i po kilku–kilkunastu dniach podwyżki mogą coraz mocniej pojawiać się na stacjach.
Brent 100 USD i dolar 3,90–4,00 zł – robi się dużo gorzej. Wzrost surowca przestaje być amortyzowany przez mocnego złotego.
Brent 110 USD lub więcej – przy utrzymujących się wysokich marżach na gotowych paliwach mielibyśmy już warunki do bardzo mocnej presji na ceny paliw.
Najgorszy scenariusz nie polega więc na tym, że sama ropa nagle kosztuje 100 dolarów. Najgorszy to droga ropa + drogi dolar + brak gotowego diesla.

Czy warto zatankować wcześniej?
Nie robiłbym zapasów paliwa do kanistrów po przeczytaniu jednego porannego notowania Brent. Na razie ropa rośnie stopniowo, a złoty pozostaje ważnym buforem. Do tego w Polsce funkcjonują mechanizmy ograniczające detaliczne ceny paliw.
Natomiast kierowca, który i tak ma pusty bak i planuje w najbliższych dniach dużo jeździć, nie ma obecnie szczególnego powodu, żeby odkładać tankowanie w oczekiwaniu na dużą przecenę.
Dużo ważniejsze będą najbliższe sesje. Jeżeli Brent przełamie 95 dolarów i zacznie szybko iść w stronę 100, równocześnie dolar zacznie się umacniać, a polskie ceny hurtowe pozostaną w trendzie wzrostowym, będzie to bardzo wyraźny sygnał ostrzegawczy.
Ropa po 92 dolary to dopiero pierwszy alarm
Sama liczba „92 dolary” wygląda efektownie w nagłówku, ale jeszcze nie oznacza paliwowego armagedonu. Znacznie ważniejsze jest to, że kilka niekorzystnych elementów zaczyna występować jednocześnie.
Ropa drożeje piątą sesję z rzędu. Przepływy przez cieśninę Ormuz nadal są ograniczone. Gotowego diesla na światowym rynku jest mniej, a marże rafineryjne pozostają ekstremalnie wysokie. Polskie ceny hurtowe już wcześniej zaczęły rosnąć.
Na razie pomaga nam dolar w okolicach 3,70 zł i krajowe mechanizmy osłonowe. Dlatego 92 dolary nie jest jeszcze momentem, w którym trzeba panikować. Jest natomiast momentem, w którym warto zacząć patrzeć nie tylko na cenę baryłki, ale również na USD/PLN i ceny hurtowe benzyny oraz diesla. Jeżeli wszystkie trzy wykresy ruszą równocześnie w górę, pylon na stacji zrobi to chwilę później.
Przy okazji zobacz również nasze testy samochodów.
Źródło: reuters.com. Źródło zdjęć: depositphotos.com.