Niestety z Mercedesem Klasy E 220d spędziłem tylko kilka dni, ale zrobiłem w tym czasie niemal 1000 kilometrów i właściwie tyle wystarczyło, żeby dojść do prostego wniosku: ten samochód został stworzony do pożerania kolejnych tras. Nie do bicia rekordów na torze, nie do driftowania pod centrum handlowym i nie do imponowania sąsiadowi czasem do setki.

Klasa E ma przede wszystkim sprawić, że wysiądziesz mniej zmęczony, niż byłeś przed wyjazdem, a przy okazji komputer pokaże spalanie typowe raczej dla małego diesla sprzed dekady niż dużej luksusowej limuzyny. Testowany przeze mnie egzemplarz dodatkowo wyglądał obłędnie: ciemny lakier, czarne felgi i jasne skórzane wnętrze to konfiguracja, przy której naprawdę trudno mi było znaleźć coś, co chciałbym zmienić. Jeździłem wcześniej E 300 e i wtedy pisałem, że Klasa E jest jak idealnie skrojony garnitur. Po E 220d mogę jedynie dodać, że ktoś do kieszeni tego garnituru wszył jeszcze kartę paliwową bez limitu.

Mercedes-Benz Klasa E 220d wie, do czego został stworzony
Są samochody, które po pierwszych kilometrach próbują udowodnić kierowcy wszystko naraz. Sportowe, komfortowe, ekologiczne, terenowe, rodzinne i najlepiej jeszcze „coupé”, mimo że mają prawie dwa metry wysokości. Klasa E takich kompleksów nie ma. To duża limuzyna klasy biznes, której podstawowym zadaniem jest przewiezienie człowieka z jednego końca kraju na drugi możliwie szybko, komfortowo i bez robienia z całej podróży wydarzenia wymagającego regeneracji następnego dnia.

I właśnie dlatego od pierwszych kilometrów ten samochód wydaje się tak spójny. Pozycja za kierownicą jest świetna, fotele wygodne, kabina bardzo dobrze wyciszona, a zawieszenie od razu daje do zrozumienia, że pierwszeństwo ma komfort. Do tego dochodzi masaż, wentylacja, podgrzewanie i całe współczesne mercedesowskie zaplecze technologiczne. Można oczywiście wejść w menu, bawić się ustawieniami MBUX i dostosowywać kolejne funkcje, ale równie dobrze można ustawić fotel, włączyć masaż i po prostu jechać przez kolejne trzy godziny.

To jedna z tych cech, które szczególnie doceniam po wielu testach samochodów próbujących na każdym kroku zwrócić na siebie uwagę. Ostatnie chińskie auta potrafią pikać, ostrzegać, obserwować twarz kierowcy i informować go o wszystkim poza kursem dolara. Mercedes również ma całą armię asystentów, ale całość jest znacznie bardziej dojrzała. Samochód ma pomagać w podróży, a nie zamieniać ją w dialog z elektronicznym nauczycielem.

Ciemny lakier, czarne felgi i jasna skóra. Nic więcej nie potrzebuję
Testowa konfiguracja wyglądała fenomenalnie. Ciemne nadwozie, czarne obręcze i jasne skórzane wnętrze to dokładnie takie zestawienie, w jakim widzę Klasę E. Jest elegancko, trochę agresywnie, ale bez przesadnego epatowania sportem. Ten samochód nie musi mieć wielkiego spoilera ani karbonowej dokładki pod każdym zderzakiem, żeby wyglądać drogo. Sama sylwetka sedana robi robotę.

I tutaj wychodzi również moja osobista słabość. Po kolejnych SUV-ach naprawdę przyjemnie jest usiąść nisko, spojrzeć na długą maskę i przypomnieć sobie, że kiedyś samochody klasy wyższej nie musiały wyglądać jak kamienice na kołach. Mercedes Klasy E w wersji sedan nadal ma proporcje, które jednoznacznie kojarzą się z elegancką limuzyną. Dla mnie wygląda lepiej niż większość współczesnych SUV-ów tej marki, nawet jeśli wiem, że statystyczny klient bardzo chętnie pójdzie dziś w stronę GLE. Po prostu sedan nadal ma klasę. I w tym przypadku nazwa modelu zobowiązuje wyjątkowo dosłownie.

Diesel 2.0 i 9G-TRONIC. Małżeństwo z rozsądku, które naprawdę się udało
Pod maską pracuje dwulitrowy diesel rozwijający 197 KM i 440 Nm, wspierany niewielkim układem mild hybrid. Moc trafia przez dziewięciobiegowy automat 9G-TRONIC i właśnie ten zestaw uważam za jeden z najlepszych napędów do pokonywania dużych przebiegów. Nie dlatego, że zapewnia jakieś niesamowite emocje. E 220 d potrzebuje 7,6 sekundy do setki, więc jest wystarczająco szybki, ale absolutnie nie próbuje zastępować AMG.

Kluczowa jest elastyczność. 440 Nm pojawia się tam, gdzie podczas codziennej jazdy faktycznie go potrzebujesz, a dziewięć przełożeń pozwala silnikowi przez większość czasu pracować spokojnie i na niskich obrotach. Przyspieszasz podczas wyprzedzania, skrzynia redukuje odpowiednio wcześnie, diesel daje solidny moment i po chwili znowu wraca do spokojnej pracy. Nie ma szarpania, nie ma nerwowości i nie ma charakterystycznego dla niektórych małych turbo-benzyn wrażenia, że cała mechanika właśnie mobilizuje rezerwy strategiczne państwa, ponieważ kierowca poprosił o przyspieszenie z 90 do 130 km/h.

Mercedes robi to bez dramatu. I może właśnie na tym polega największa przewaga wersji 220d. To nie jest silnik kupowany dla przyjemności słuchania go pod garażem. Do tego zdecydowanie wolałbym 450d. Ale kiedy trzeba zrobić 30, 40 czy 50 tys. kilometrów rocznie, dwulitrowy diesel zaczyna wyglądać jak odpowiedź napisana przed zadaniem.

4,8 l/100 km z prawie tysiąca kilometrów. Serio
Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak spalanie. Cały test zakończyłem wynikiem 4,8 l/100 km na dystansie 953 kilometrów, przy średniej prędkości 71 km/h. I nie była to jazda polegająca na toczeniu się prawym pasem za ciężarówką z wyłączoną klimatyzacją. Samochód był normalnie użytkowany, jeździł po trasach i miastach, a mimo to przez większość czasu wyglądało to tak, jakby wskazówka poziomu paliwa po prostu zapomniała się ruszać.

Jeszcze bardziej absurdalnie zrobiło się na trasie Warszawa – Stalowa Wola. Około 280 kilometrów, jazda w granicach 120 km/h i na końcu wynik 4,3 l/100 km. W dużej, prawie pięciometrowej limuzynie z automatem, świetnym wyciszeniem i wyposażeniem klasy premium. Co ciekawe, Mercedes oficjalnie deklaruje dla E 220 d średnio około 4,7 l/100 km, więc komputer testowego auta nie opowiadał mi historii z gatunku fantastyki naukowej.

Przy 66-litrowym zbiorniku paliwa oznacza to, że zasięg przekraczający 1000 kilometrów nie jest żadnym wyzwaniem. Przy odpowiedniej trasie można zacząć myśleć o liczbach wyraźnie większych. Nawet podchodzących pod 1600 kilometrów. I właśnie wtedy po raz kolejny przypominam sobie wszystkie dyskusje o tym, że diesel jest przestarzały i nie ma już sensu. Do miasta? Zgoda. Jeżeli ktoś robi pięć kilometrów do pracy i pięć z powrotem, kupowanie diesla jest średnim pomysłem. Ale do pokonywania setek kilometrów po autostradach i drogach ekspresowych trudno wymyślić coś bardziej logicznego.

E 300 e czy E 220 d? Wszystko zależy od życia właściciela
Mam tutaj świetny punkt odniesienia, bo wcześniej jeździłem również Mercedesem E 300 e 4MATIC. Tamten samochód także zrobił na mnie ogromne wrażenie. Realne około 100 kilometrów jazdy elektrycznej powodowało, że w codziennym użytkowaniu można było traktować go praktycznie jak elektryka, a podczas dalszej trasy nadal mieć benzynę i nie martwić się publiczną infrastrukturą ładowania. Pisałem wtedy, że Klasa E jest jak idealnie skrojony garnitur i nadal podtrzymuję każde słowo.

Tylko E 220 d odpowiada na inne potrzeby. Jeśli każdego dnia robisz 30 kilometrów, masz garaż i wallbox, plug-in jest fantastyczny. Ładujesz nocą, do pracy jedziesz na prądzie, benzyna budzi się głównie podczas dalszych podróży. Ale jeżeli twoje życie wygląda jak kalendarz przedstawiciela handlowego, dziennikarza, który nie mieszka w stolicy i musi często pojawiać się na premierach w mieście stołecznym, przedsiębiorcy czy kogokolwiek regularnie tłukącego setki kilometrów, diesel zaczyna być absurdalnie logiczny.

Tutaj nie ma baterii, którą musisz pamiętać naładować. Nie musisz planować. Nie musisz nic robić. Wsiadasz, ustawiasz tempomat, jedziesz 600 kilometrów, wysiadasz i orientujesz się, że nadal masz pół zbiornika. Technologia przez lata próbowała przekonać nas, że najwygodniejsze rozwiązania muszą być skomplikowane. E 220 d przypomina, że czasami najlepszą innowacją jest coś, co po prostu działa.

A może jednak E 450 d? Serce mówi sześć cylindrów
Żeby było jasne: gdybym miał nieograniczony budżet, prawdopodobnie wybrałbym E 450 d. Trzylitrowy, sześciocylindrowy diesel jest po prostu znacznie bardziej szlachetny. Pracuje ciszej i przyjemniej, ma 367 KM oraz potężne 750 Nm, a do tego osiągi, przy których duża limuzyna zaczyna być naprawdę szybkim samochodem.

Wiem też z własnego doświadczenia z CLS 450 d oraz Klasą S 450 d, że potężna sześciocylindrowa jednostka wysokoprężna wcale nie musi palić dramatycznie więcej. I właśnie dlatego uważam ten silnik za jeden z najlepszych napędów do dużej limuzyny, jakie Mercedes nadal ma w ofercie. Tylko później wchodzi rozsądek.

Do normalnego pokonywania tras 197 KM i 440 Nm w E 220 d naprawdę wystarcza. Owszem, cztery cylindry nigdy nie będą pracowały z taką kulturą jak sześć, nie będzie też tego głębokiego spokoju, który daje trzylitrowy diesel podczas mocnego przyspieszania. Ale przy codziennych przebiegach różnicę najbardziej zobaczysz na fakturze zakupu, a nie w jakości dotarcia do celu.

I dlatego E 220 d od lat jest tak klasycznym wyborem w Klasie E. Na drogach właśnie takich wersji widzę najwięcej i trudno mi się temu dziwić. To konfiguracja człowieka, który policzył.

Komfort przede wszystkim. Panamery z niej nie zrobisz
Zawieszenie jest miękkie i nastawione przede wszystkim na komfort. Na długiej trasie jest to ogromna zaleta, bo samochód spokojnie filtruje nierówności, nie zmusza kierowcy do ciągłego poprawiania toru jazdy i daje poczucie bardzo stabilnej, relaksującej podróży. Klasa E nie buja się może jak wspominany przeze mnie Exlantix ET, który momentami przypominał jacht podczas sztormu, ale zdecydowanie bliżej jej do luksusowej limuzyny niż sportowego sedana.

Jeżeli ktoś przesiądzie się z Porsche Panamery i będzie oczekiwał podobnej ostrości reakcji, szybko zauważy różnicę. Mercedes bardziej się przechyla, układ jezdny nie daje tego samego poczucia zespolenia z asfaltem, a całość namawia raczej do spokojnego płynięcia niż atakowania każdego łuku.

Tylko czy to wada? Moim zdaniem nie. Klasa E ma inną robotę. Jeżeli chcę pokonywać zakręty jak najszybciej, kupuję Porsche albo AMG. Jeżeli mam w poniedziałek rano wyjechać z domu, zrobić 600 kilometrów i jeszcze po przyjeździe mieć ochotę normalnie pracować, Mercedes jest znacznie lepszym narzędziem.
Po kilkuset kilometrach człowiek zaczyna doceniać, że zawieszenie nie próbuje udowadniać sportowego charakteru przy każdym łączeniu asfaltu.

DIGITAL LIGHT pokazuje, jak powinny działać nowoczesne reflektory
Testowany egzemplarz miał też fantastyczne oświetlenie. Mercedes od lat bardzo poważnie traktuje reflektory i najnowsze systemy DIGITAL LIGHT tylko to potwierdzają. Jazda nocą jest znacznie mniej męcząca, bo samochód potrafi bardzo precyzyjnie zarządzać wiązką, doświetlać drogę i jednocześnie ograniczać światło tam, gdzie mogłoby przeszkadzać innym kierowcom.

To jedna z tych technologii, które naprawdę chcę mieć w drogim samochodzie. Nie interesuje mnie przesuwany ekran tylko dlatego, że producent potrafił zamontować silniczek, jak w OMODZIE 7. Nie potrzebuję elektrycznych klamek otwierających się w sposób wymagający obejrzenia instrukcji na YouTube. Dajcie mi za to dobre adaptacyjne światła, które powodują, że po trzech godzinach jazdy nocą oczy są mniej zmęczone. Tak właśnie rozumiem technologię premium. Ma poprawiać życie, a nie tylko dobrze wyglądać podczas prezentacji handlowca.

Z tyłu mogłoby być trochę więcej miejsca
Skoro samochód praktycznie cały czas chwalę, wypada w końcu znaleźć coś, co mnie drażniło. Z tyłu spodziewałem się trochę większej ilości miejsca na nogi. Klasa E ma prawie pięć metrów długości, więc naturalnie oczekujesz kabiny przypominającej mały salon. Nie jest ciasno, ale przy wyższej osobie siedzącej z przodu pasażer drugiego rzędu może dojść do wniosku, że zewnętrzne gabaryty obiecywały nieco więcej.

Nie jest to oczywiście poziom, przy którym dorosły człowiek jedzie z kolanami pod brodą. Po prostu w aucie tej klasy oczekiwania są ogromne. Szczególnie kiedy wsiadasz wcześniej do Klasy S i odkrywasz, że można stworzyć tylną kanapę, z której człowiek najchętniej nie wysiadałby wcale. W E 220 d zdecydowanie najlepsze miejsca znajdują się z przodu. I może to nawet dobrze. Przynajmniej kierowca nie zaczyna zastanawiać się, czy przypadkiem nie powinien zatrudnić szofera.

Bagażnik ma 540 litrów, ale ma swoje sedanowe humory
Bagażnik ma bardzo solidne 540 litrów i pod względem samej pojemności naprawdę trudno narzekać. Problem wynika bardziej z kształtu. Jest długi i głęboki, więc gdy mały przedmiot pojedzie podczas hamowania pod same oparcia tylnej kanapy, odzyskanie go może przypominać nurkowanie do wnętrza studni.

To typowa cecha sedanów i godzę się z nią bez większego problemu, bo nadal wolę klasyczną sylwetkę limuzyny od kolejnego SUV-a. Kto regularnie wozi duże przedmioty, psa, rower albo połowę wyposażenia działki, powinien po prostu kupić Klasę E Kombi. Mercedes nadal daje ten wybór i bardzo dobrze.
Dla mnie sedan jest jednak odpowiedni. Walizki wchodzą, sprzęt fotograficzny się mieści, zakupy również. W zamian samochód wygląda tak, jak powinna wyglądać Klasa E. Jestem gotów czasem głębiej sięgnąć po torbę.

Mercedes-Benz Klasa E 220d i prawie 1000 km później
953 kilometry to zdecydowanie za mało, żeby opowiadać o aucie jak po półrocznym teście długodystansowym, ale wystarczająco dużo, żeby zrozumieć jego charakter. I właściwie przez cały ten dystans E 220 d robiła dokładnie to samo: eliminowała kolejne powody do zmęczenia.
Fotel z masażem pomaga plecom. Wentylacja poprawia komfort w ciepły dzień. Dobre audio pozwala spokojnie słuchać muzyki lub podcastów. Świetne światła robią ogromną różnicę po zmroku. 9G-TRONIC zmienia biegi bez zwracania na siebie uwagi, zawieszenie wygładza drogę, a dwulitrowy diesel zużywa paliwo w tempie, które zaczyna wyglądać jak błąd komputera.
To nie jest samochód budujący emocje tak jak Mercedes-AMG E 53 Hybrid, którego uważam za jedno z najlepszych aut, jakimi jeździłem. Tam po naciśnięciu gazu pojawiał się uśmiech, osiągi i poczucie, że ktoś połączył rodzinnego Mercedesa z samochodem zdolnym robić rzeczy kompletnie niepotrzebne w codziennym życiu. E 220 d reprezentuje zupełnie inną filozofię. Ma sprawić, żeby 1000 kilometrów wyglądało jak 500. I wychodzi jej to wybitnie dobrze.

Diesel umiera? Nie w takim samochodzie
Przez ostatnie lata diesel dostał łatkę technologii, którą trzeba jak najszybciej wyrzucić z motoryzacji. W mieście rzeczywiście trudno bronić jego sensu. Krótkie odcinki, filtr DPF, niedogrzany silnik i coraz większa liczba ograniczeń powodują, że do typowo miejskiego samochodu zdecydowanie wybrałbym pełną hybrydę. Ale Klasa E nie jest typowo miejskim samochodem.
To jedno z najlepszych aut do dalekich podróży i właśnie tutaj diesel nadal pokazuje wszystkie swoje zalety. Ogromny moment obrotowy, bardzo niskie spalanie, duży zasięg i tankowanie trwające kilka minut. W E 220 d dochodzi do tego świetna aerodynamika sedana oraz dziewięciobiegowy automat utrzymujący silnik w optymalnych warunkach.
Efekt? 4,3 litra przy 120 km/h. Możemy opowiadać o rewolucjach technologicznych, szybkich ładowarkach i kolejnych generacjach baterii. Wszystko świetnie. Sam uwielbiałem Ioniqa 5 N i bardzo doceniam dobre PHEV-y. Ale kiedy mam jutro zrobić 900 kilometrów? Poproszę kluczyk do Mercedesa z dieslem.

Czy kupiłbym Mercedes-Benz Klasę E 220d?
Tutaj odpowiedź jest niebezpiecznie prosta: tak. Oczywiście najpierw spojrzałbym na E 450 d, bo trzylitrowy diesel w dużej limuzynie jest czymś, co przemawia bezpośrednio do tej części mózgu odpowiedzialnej za nierozsądne decyzje finansowe. Sześć cylindrów pracuje lepiej, brzmi lepiej i daje osiągi, których E 220 d nigdy nie zaoferuje. Później spojrzałbym na różnicę w cenie. I prawdopodobnie wrócił do E 220 d.
Bo czego realnie potrzebuję więcej? 197 KM wystarcza do sprawnego przemieszczania się. 440 Nm pozwala bez stresu wyprzedzać. Automat działa świetnie. Samochód jest komfortowy, pięknie wykonany, fantastycznie wygląda i przy normalnej jeździe spala mniej niż niejeden znacznie mniejszy crossover z benzynową hybrydą.
Jeżeli ktoś robi 10 tys. kilometrów rocznie po mieście, niech kupi coś innego. Jeśli jednak roczny przebieg zaczyna się od 30 tys., a duża część kilometrów wpada na drogach ekspresowych i autostradach, trudno mi wskazać sensowniejszy napęd.

To idealny samochód dla człowieka, który dużo jeździ
Mercedes-Benz Klasa E 220d nie jest najbardziej emocjonującą wersją Klasy E. Nie ma potęgi E 450 d, nie ma elektrycznego charakteru E 300 e i nie robi z kierowcy dużego dziecka jak AMG E 53. Ale właśnie dlatego jest prawdopodobnie najbardziej klasyczną Klasą E ze wszystkich. To samochód dla człowieka, który naprawdę jeździ.
Nie po mieście od kawiarni do biura, ale między Warszawą, Krakowem, Poznaniem, Gdańskiem czy Rzeszowem. Takiego, który w poniedziałek ma spotkanie 300 kilometrów od domu i nie chce zastanawiać się nad ładowaniem, zasięgiem ani tym, gdzie zrobi kolejny postój. Wsiada, wpisuje adres i jedzie.
Na trasie Warszawa – Stalowa Wola przy około 120 km/h zobaczyłem 4,3 litra. W prawie pięciometrowej limuzynie z masażami, wentylacją foteli, świetnym audio, zaawansowanymi światłami i komfortem, który powoduje, że po kilkuset kilometrach nadal chce się prowadzić. Czy można chcieć więcej? Oczywiście. Można chcieć E 450 d. Ale czy trzeba? Wydaje mi się, że absolutnie nie.
E 220 d pokazuje, dlaczego ten wariant od lat jest jednym z najbardziej naturalnych wyborów w Klasie E. Pali absurdalnie mało, ma wystarczająco dużo mocy i został stworzony dokładnie do tego, do czego duża limuzyna Mercedesa zawsze była najlepsza: połykania kolejnych kilometrów bez zwracania na nie większej uwagi. Mówi się, że diesel odchodzi do historii. Ja uważam inaczej. Jeśli wszystkie diesle byłyby takie jak ten, historia musiałaby jeszcze trochę poczekać. I zapewne poczeka.