Audio Video Show 2026 powinno być dla człowieka lubiącego dobry dźwięk czymś w rodzaju placu zabaw dla dorosłych. Setki marek, niemal 200 sal, kolumny wyglądające jak nowoczesne rzeźby, gramofony, które spokojnie można postawić w galerii sztuki, i systemy kosztujące tyle, co kilka bardzo dużych domów. Byłem na tej imprezie już trzeci raz i ponownie zobaczyłem mnóstwo sprzętu, który zwyczajnie chciałbym mieć w domu.

Problem w tym, że po kilku godzinach zacząłem odczuwać coś, czego kompletnie się nie spodziewałem – znudzenie. Wchodzę do pokoju, siadam, słucham i myślę: „kurczę, ale to świetnie gra”. Wychodzę, idę kilkanaście metrów dalej, wchodzę do kolejnej sali i… znowu gra świetnie. Nieważne, czy zestaw kosztował kilkadziesiąt tysięcy, pół miliona czy kilka milionów złotych. I gdzieś pomiędzy kolejnymi odsłuchami zacząłem się zastanawiać: ile właściwie trzeba zapłacić za bardzo dobry dźwięk i co naprawdę dostajemy, dopłacając do niego kolejne zero?

Audio Video Show 2026 nadal robi ogromne wrażenie
Zanim zacznę marudzić jak człowiek, który dostał za dużo dobrego, trzeba oddać tej imprezie jedno: jej skala nadal imponuje. Audio Video Show 2026 to druga największa wystawa tego typu na świecie i podczas spacerowania po PGE Narodowym naprawdę można to poczuć. Jedne drzwi prowadzą do niewielkiego zestawu stereo, za następnymi stoją kolumny większe od części mieszkań wynajmowanych w Warszawie, a kawałek dalej ktoś prezentuje gramofon wyglądający tak, jakby jego skonstruowanie wymagało jednocześnie zegarmistrza, inżyniera lotniczego i człowieka mającego bardzo dużo aluminium.
Właśnie warstwa wizualna sprawia mi na Audio Video Show ogromną frajdę. Niektóre kolumny są po prostu piękne. To już nie są dwa prostokątne pudła stojące obok telewizora, lecz przedmioty, wokół których można urządzić całe wnętrze. Podobnie jest z gramofonami i wzmacniaczami. Wielkie lampy, frezowane elementy, drewno, aluminium, fantastyczne detale – czasem człowiek przez pierwsze dwie minuty bardziej ogląda sprzęt, niż go słucha. I absolutnie to rozumiem. Zegarek mechaniczny również nie pokazuje godziny lepiej od telefonu, a jednak ludzie potrafią wydawać na niego fortunę, bo liczy się również konstrukcja, historia, materiały i sama przyjemność posiadania czegoś wyjątkowego.

Tegoroczna impreza dodatkowo dawała kilka okazji do oglądania rzeczy naprawdę absurdalnych w najlepszym znaczeniu tego słowa. Na wystawie znalazł się między innymi system z kolumnami Wilson Audio Autobiography, elektroniką Ubiq Audio Lab i pięcioelementowym dCS Varèse, którego całkowitą wartość szacowano na około 10 mln zł. YG Acoustics ULTIMATE TITAN z elektroniką Vitus Audio miało kosztować około 8 mln zł, a system z Acapella Sphäron Excalibur przekraczał 7,7 mln zł. Na papierze robi to piorunujące wrażenie. Tylko potem przychodzi najważniejszy test – trzeba usiąść i posłuchać.

Dziesięć milionów złotych. I co właściwie powinienem usłyszeć?
I właśnie tutaj zaczyna się mój problem z Audio Video Show 2026. Siadałem przed kolejnymi systemami, słuchałem prezentowanych utworów i właściwie za każdym razem reakcja była podobna: brzmi świetnie. Wokale są czyste, instrumenty mają przestrzeń, bas schodzi nisko, nic nie trzeszczy, nic się nie zlewa, można zamknąć oczy i po prostu słuchać muzyki. Po czym wychodzę do następnego pomieszczenia, gdzie zestaw kosztuje wielokrotnie mniej, i… znowu muzyka brzmi pięknie.
Żeby było jasne – różnice słychać. Jeden system potrafi podać niskie tony w bardziej miękki i otulający sposób, inny uderza szybciej i konkretniej. Gdzieś wokal wysuwa się mocniej do przodu, w innym miejscu scena wydaje się szersza. Jedna prezentacja brzmi bardziej ciepło i analogowo, następna chłodniej, bardziej technicznie i precyzyjnie. Nie twierdzę więc, że wszystkie urządzenia grają identycznie. Absolutnie nie. Tylko że praktycznie wszystkie grają bardzo dobrze.
I to prowadzi do trochę niewygodnego pytania: jeśli za 20, 30 czy 50 tys. zł potrafię zbudować system, którego słuchanie naprawdę daje mi ogromną frajdę, to co musi wydarzyć się przy 500 tys. zł, żeby dopłata miała dla mnie sens? A przy milionie? Przy dziesięciu milionach? Oczywiście człowiek dysponujący takim budżetem prawdopodobnie nie rozważa, czy kupić kolumny, czy wcześniej wymienić dach, więc mówimy o zupełnie innym świecie. Ale z czysto muzycznej perspektywy zaczynam mieć coraz większy problem z odpowiedzią.

Im drożej, tym płacimy za coraz mniejsze różnice
Audio jest chyba jednym z najlepszych przykładów prawa malejących korzyści. Przesiadka z głośnika Bluetooth za kilkaset złotych na porządne stereo potrafi być ogromnym skokiem. Człowiek nagle zaczyna słyszeć rzeczy, których wcześniej nie zauważał, pojawia się prawdziwy bas, scena, detal, dynamika. Kolejny skok też może być bardzo wyraźny. Potem jednak zaczynamy wspinać się coraz wyżej, a każda następna poprawa kosztuje znacznie więcej.
I nie mam z tym problemu. Tak samo funkcjonują samochody, zegarki, wino czy fotografia. Porsche 911 nie jest dziesięć razy szybsze od samochodu kosztującego jedną dziesiątą jego ceny, a Rolex nie pokazuje czasu sto razy dokładniej od Casio. W pewnym momencie przestajemy płacić wyłącznie za funkcję. Kupujemy wykonanie, technologię, ekskluzywność, historię, wygląd, sposób produkcji i świadomość posiadania czegoś wyjątkowego.
Tylko w audio dochodzi jeszcze jeden element: producenci i część środowiska bardzo mocno skupiają się właśnie na brzmieniu. A jeśli tak, chciałbym czasami usiąść przed zestawem za kilka milionów i natychmiast zrozumieć, gdzie podziały się te pieniądze. Chciałbym włączyć utwór i pomyśleć: „dobra, teraz już rozumiem”. Podczas mojej trzeciej wizyty na Audio Video Show 2026 takiego momentu nie miałem.

Może po prostu nie jestem audiofilem
I jest oczywiście jeszcze jedna możliwość: problem leży po mojej stronie. Lubię audio, lubię dobry dźwięk, doceniam porządne słuchawki i potrafię spędzić sporo czasu na słuchaniu muzyki. Ale audiofilem nie jestem. Nie zamierzam przekonywać nikogo, że potrafię usłyszeć każdą zmianę przewodu, podstawki pod wzmacniaczem czy kondycjonera kosztującego tyle co używane auto. Być może ktoś, kto od dwudziestu lat buduje system i zna dziesięć konkretnych nagrań na pamięć, usiądzie w tych samych salach i wychwyci rzeczy, które dla mnie są praktycznie nieistotne.
Tyle że to właśnie czyni całą sprawę ciekawą. Bo jeśli różnicę między systemem za kilkadziesiąt tysięcy a takim za kilka milionów potrafi naprawdę docenić głównie bardzo doświadczony słuchacz posiadający odpowiednio wytrenowane ucho, to być może odpowiedź na pytanie „ile trzeba wydać na dobre audio?” jest znacznie przyjemniejsza dla naszego portfela, niż sugerują cenniki najdroższych urządzeń.
Trzeba również pamiętać, że sama wystawa nie jest idealnym laboratorium porównawczym. Wchodzimy do różnych pomieszczeń, każde ma inną akustykę, siedzimy w innym miejscu, słuchamy różnych utworów i często po kilku minutach wychodzimy dalej. Czasami do pokoju wchodzi kolejnych piętnaście osób, ktoś otwiera drzwi, ktoś rozmawia. Próba rozstrzygnięcia w takich warunkach, czy system za 800 tys. zł daje o 17% więcej przyjemności niż ten za 200 tys., jest trochę absurdalna. Najlepsze porównanie wymagałoby tej samej sali, tego samego nagrania i spokojnego przełączania pomiędzy zestawami.

Paradoksalnie najważniejsza lekcja była o pokoju, a nie o sprzęcie
Z programu Audio Video Show 2026 szczególnie ciekawie wyglądały też prezentacje poświęcone akustyce pomieszczeń. I po przejściu kilkudziesięciu sal zaczynam myśleć, że dla większości z nas właśnie tutaj znajduje się znacznie więcej sensu niż w kupowaniu kolejnego, dwukrotnie droższego wzmacniacza. Możemy postawić w salonie fantastyczne kolumny, ale jeśli ustawimy je przypadkowo w pomieszczeniu pełnym twardych powierzchni, szklanych drzwi i wielkiej gołej ściany, fizyki nie przekonamy ceną z faktury.
Organizatorzy sami zwracali uwagę, że nawet bardzo drogi sprzęt może grać słabo w nieodpowiednio przygotowanym wnętrzu. Na wystawie można było zobaczyć prezentacje dotyczące ustawiania kolumn, dudniącego basu, pomiarów i adaptacji akustycznej. I być może jest to jedna z najbardziej praktycznych rzeczy, jakie można wynieść z całego wydarzenia. Zamiast zastanawiać się, czy wzmacniacz za 40 tys. zł zastąpić takim za 80 tys., czasem lepiej przesunąć kolumny, poprawić akustykę i dopiero wtedy zobaczyć, czego faktycznie nam brakuje.
To zresztą trochę ironiczne. Człowiek przychodzi na imprezę, na której można zobaczyć system za 10 mln zł, a wraca z myślą, że być może powinien najpierw przestawić kanapę.

Audio Video Show 2026 trochę mnie znudziło. Ale to nie znaczy, że było słabe
To chyba najważniejsze rozróżnienie. Audio Video Show 2026 nie było kiepską imprezą. Wręcz przeciwnie. Organizacyjnie i sprzętowo to wydarzenie robi ogromne wrażenie, a możliwość zobaczenia w ciągu jednego dnia urządzeń, których normalnie nie spotkamy nawet w większości specjalistycznych salonów, pozostaje czymś wyjątkowym. Do tego dochodzi ogromna strefa słuchawek, giełda winyli, spotkania z muzykami, pokazy kina domowego i dziesiątki ludzi, którzy naprawdę potrafią godzinami opowiadać o dźwięku.
Tylko ja po trzeciej wizycie przestałem odczuwać efekt „wow”. Pierwszym razem wchodzisz do sali, widzisz kolumny kosztujące więcej od domu i szerzej otwierasz oczy. Drugim razem nadal robi to wrażenie. Za trzecim pojawia się myśl: „okej, kolejne wielkie kolumny, kolejny piękny wzmacniacz, kolejny świetnie brzmiący utwór”. Brzmi to trochę jak problem człowieka rozpieszczonego nadmiarem dobrego sprzętu, ale właśnie takie są moje odczucia.
Być może następny Audio Video Show musiałby zaoferować mi coś więcej niż jeszcze droższy zestaw. Nie potrzebuję systemu za 15 mln zamiast 10 mln. Chciałbym czegoś, co faktycznie pokaże nowy sposób słuchania muzyki, pozwoli bardzo wyraźnie porównać różne filozofie brzmienia albo zwyczajnie sprawi, że usiądę i po pierwszych trzydziestu sekundach pomyślę: „czegoś takiego jeszcze nie słyszałem”. Bo tym razem słyszałem przede wszystkim bardzo dużo świetnie grających zestawów. I paradoksalnie właśnie dlatego żaden nie powalił mnie na kolana.

Najlepszy wniosek? Nie trzeba wydawać miliona, żeby pięknie słuchać muzyki
Można oczywiście spojrzeć na moje rozczarowanie zupełnie inaczej. Skoro Audio Video Show 2026 pokazało mi systemy kosztujące od kwot jeszcze w miarę rozsądnych po kompletnie abstrakcyjne, a mimo to niemal za każdym razem wychodziłem z pomieszczenia z myślą „gra bardzo dobrze”, jest w tym przecież fantastyczna wiadomość. Dobre audio stało się po prostu bardzo dobre na wielu poziomach cenowych.

Nie trzeba mieć Wilson Audio za miliony, żeby usiąść wieczorem w fotelu, włączyć ulubiony album i cieszyć się muzyką. Nie trzeba również tłumaczyć sobie, że jeśli nie wydaliśmy wartości mieszkania na wzmacniacz i kolumny, to czegoś w życiu nie zrozumieliśmy. Sprzęt za astronomiczne pieniądze może być technicznie fascynujący, pięknie wykonany i oferować coś, czego wymagający audiofil naprawdę szuka. Ale dla człowieka, który przede wszystkim chce słuchać muzyki, punkt zapewniający ogromną satysfakcję znajduje się znacznie wcześniej.
I chyba właśnie to jest najważniejsze, co wyniosłem z mojej trzeciej wizyty na Audio Video Show. Wszedłem zobaczyć audio za miliony. Wyszedłem z przekonaniem, że wcale go nie potrzebuję. Tym miłym akcentem kończąc dziękuję za możliwość udziału w AVS 2026 w Warszawie.