Hyundai Tucson N Line - SUV idealny?
Hyundai Tucson N Line - SUV idealny?

Hyundai Tucson N Line – SUV idealny?

Już na wstępie zaznaczę, że ideałów nie ma. Zarówno wśród ludzi, jak i maszyn. Są jednak produkty (celowo pomijam nas), którym blisko do ideału. Przykładowo taki Hyundai Tucson N Line. Tak naprawdę jest to SUV kompletny, któremu niczego nie brakuje. Oczywiście to tylko maszyna i zawsze można się do czegoś przyczepić, jednak. Z resztą, opiszę to w artykule, do którego lektury zapraszam. 

Czy to nadal przyjemność, czy już rutyna?

Tworząc ten test mogłem podsumować swój kolejny rok pracy. Mam, rzecz jasna na myśli kwestię recenzji samochodów. Hyundai Tucson N Line był bowiem autem, z którym zakończyłem 2019 i powitałem 2020 rok. W tym, który nie tak dawno się zakończył przetestowałem trzydzieści dwa samochody. Ogólnie, jeśli podsumowałbym całe swoje portfolio, pojazdów byłoby około dwustu. Ten wynik sprawia, że z ręką na sercu mogę powiedzieć: nie przyzwyczajam się do samochodów, niewiele z nich budzi we mnie zachwyt. Co tu dużo mówić, traktuję je jak produkty, które testuję i już. Może na początku ciekawiły mnie te wszystkie technologie i ogólnie to, że praktycznie co tydzień odbierałem kolejne, nowe auto. Dziś emocje już opadły i na palcach mógłbym wyliczyć te modele, które rzeczywiście mnie zaciekawiły na tyle, że gdybym miał zakończyć swoją dziennikarską przygodę być może rozważyłbym zakup jednego z nich. Do czego zmierzam? Do tego, że to właśnie ten koreański SUV kolejny raz potwierdził, że znajduje się w moim TOP10 najlepszych (nie mylić z najciekawszych) jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości samochodów. Bardzo rzadko mam tak, że zwracając po tygodniu jakieś auto myślę sobie “kurczę, pojeździłbym jeszcze”. Cóż, Hyundai Tucson N Line (w tej właśnie konkretnej wersji) był jednym z takich samochodów. To po prostu dobry SUV oferowany w odpowiedniej cenie. 

Hej, hej! To wstęp czy podsumowanie? 

OK, wracam do bohatera tego tekstu. Swoją drogą, fajnie jest tak “przelewać” swoje myśli na papier. Tak, w tym przypadku na klawiaturę. Zamiast suchych testów macie opinię osoby, która pokonała trochę kilometrów danym autem i szczerze pisze co się podobało, a co nie. Warto przypomnieć, że Hyndai Tucson oferowany jest od 2015 roku. Jest to więc piąty rok, w którym koreańczycy oferują tego SUV-a. Model przed liftem testowałem w 2016 roku. Minęły więc cztery lata od ostatniej “randki”. Przez ten czas wiele się zmieniło, ale pamiętam jak dziś, że miałem nie lada problem z tym autem. On naprawdę nie ma wad. Oczywiście jeśli mądrze do tego podchodzimy. Nie możemy przecież wymagać bajerów znanych z modeli premium od samochodu, który kosztuje około stu tysięcy złotych. Model po liftingu otrzymał się nowego motoru, zmieniło się delikatnie wnętrze i kilka elementów na zewnątrz. Jakość wykonania materiałów, jak i ogólnego spasowania jest lepsza. Ty jednak potrzebujesz wersji N Line. Jeśli chcesz czerpać przyjemność z jazdy tym SUV-em przez kilka lat, rzecz jasna. A wiemy dobrze, że chcesz. 

Hyundai Tucson N Line – co tak naprawdę oferuje ta wersja?

Pewnie sobie myślisz co takiego ma ten Hyundai Tucson N Line, że tak się nim zachwycam. Otóż przede wszystkim poprawiono, i to znacznie prowadzenie. Zapewne chodzi o inspirację sportowymi Hyundaiami, które posiadają literę N w nazwie. Tak czy inaczej, nie są to słowa rzucane na wiatr. Tucson N Line prowadzi się tak, jak powinien od samego początku, czyli pewnie. Rzecz jasna, nie jest to hot hatch, czyli gokart, aczkolwiek nie doświadczycie w przypadku tego SUV-a żadnych dziwnych zachowań. Krótko mówiąc, dokładnie wiecie co się dzieje z kołami na przedniej osi, dzięki czemu pokonywanie kolejnych kilometrów za kierownicą Tucsona N Line to czysta przyjemność. Modyfikacja dotyczy także zawieszenia. Przede wszystkim jest ono nieznacznie niższe w porównaniu do innych wersji. Cała konstrukcja została usztywniona. Czuć to na nierównych drogach, gdzie zamiast przyjemnego bujania, które oferują na przykład francuskie auta mamy test naszego żołądka. Oczywiście bez przesady. Nie jest to jakaś taczka, ale od SUV-ów zazwyczaj spodziewamy się bujania jak na łodzi. Tutaj tego nie doświadczycie. Nie pomagają w tym również duże felgi aluminiowe. 

Halo, halo, czy ten Tucson się w końcu zestarzeje?

Nie sztuką jest zaprojektować samochód. Sztuką jest stworzyć taki projekt, który będzie bardzo wolno się starzał. Taki jest właśnie według mnie Tucson, szczególnie w wersji N Line. Testowany egzemplarz pokryty był lakierem shadow grey. Jest to specjalna wersja dostępna tylko dla N Line. Wygląda bardzo dobrze, ale to nie wszystko. Rzecz jasna, lakier ten jest bardzo praktyczny, ponieważ prawie nie widać na nim brudu. Podoba mi się przedni pas. Wystarczy popatrzeć na agresywne, lekko skośne reflektory, spory grill z logo marki umieszczonym w centralnym miejscu. Przy wlotach powietrza znalazły się reflektory do jazdy dziennej. Z tyłu brakuje mi spójności jeśli chodzi o końcówki wydechu. Widać, że jest miejsce na kolejne dwie. Tak tak, może to byłby przerost formy nad treścią, ale chyba wolałbym mieć po jednej z obu stron. Ciemne, duże felgi aluminiowe idealnie wpasowały się w boczną linię Tucsona. Nie ma co ukrywać, to SUV z prawdziwie sportowym wyglądem zewnętrznym. Co z wnętrzem?

O ile z zewnątrz Hyundai Tucson N Line wcale się nie zestarzał, o tyle wnętrze mówi już coś innego

Nie oszukujmy się. W dobie wszechobecnych ekranów, czy to dotykowych, czy też nie Hyundai Tucson N Line wypada dość blado. Czy to Wada? Zależy dla kogo. Jeśli ktoś lubi nowe technologie to będzie przeszkadzać brak cyfrowych zegarów. Mi osobiście design deski rozdzielczej się podoba. Podobne zdanie mam na przykład o Nissanie X-Trail, który również nadal jest we wnętrzu bardzo klasyczny. Krótko mówiąc, wnętrze nie jest tak efektowne jak w niektórych autach, ale niczego mu nie brakuje. I tutaj podam kolejny powód dlaczego potrzebujecie wersji N Line. Bo jak myślę, domyśliliście się, że pierwszym jest to, że ta wersja znacznie lepiej się prowadzi. A więc, oprócz takich fajnych smaczków jak przeszycia czerwoną nicią tu i tam, otrzymacie wręcz wzorowe trzymanie boczne. To oczywiście sprawka bardzo wygodnych foteli, które pokryto alcantarą i skórą. Elementy wnętrza nie skrzypią, wiele jest miękkich i miłych w dotyku.

Ilość miejsca w Tucsonie jest optymalna

Ilość miejsca zarówno nad głową, jak i na nogi jest optymalna dla czterech pasażerów. Nie jest to Mercedes GLS, czy BMW X7 – to oczywiste. Regulowana kierownica (co jest już chyba rzeczą oczywistą) pomaga w dobraniu idealnej pozycji. Szkoda, że w topowej wersji, jaką jest N Line nie mamy elektrycznie regulowanego fotela. Choćby kierowcy. Tak czy inaczej, pozycja za kierownicą jest komfortowa, poszczególne przyciski umieszczono w ergonomicznych miejscach. Nie mam się do czego przyczepić. Pasażerowie z tyłu mają do swojej dyspozycji gniazdo USB zamiast zapalniczkowego. Z jednej strony to plus. Z drugiej czasami chcemy tam umieścić na przykład lodówkę, którą łączymy właśnie gniazdem 12V. Wtedy może pojawić się problem. Na szczęście takowe umieszczono w bagażniku. Ten mieści łącznie 459 litrów, a więc całkiem optymalnie jak na SUV-y kompaktowe przystało. 

Hyundai Tucson N Line nie jest pozbawiony wad

Być może ktoś po przeczytaniu tego, jakie widzę wady w tym aucie pomyśli, że woda sodowa uderzyła mi do głowy, ale cóż. Są to kwestie, przez które zastanawiałbym się nad zakupem tego auta. Z jednej strony mamy Apple Car Play i Android Auto, a także wzorowo grający zestaw audio Krell, za który Hyundai wymaga jedynie dopłaty 2800 zł. Z drugiej natomiast kamera oferuje rozdzielczość VGA. Serio, jest tak słaba jak w autach grupy PSA (Peugeot, Citroen, DS). To niedopuszczalne wręcz. Tym bardziej, że kto jak kto, ale Koreańczycy mają chyba dostęp do dobrej jakości obiektywów. Druga sprawa to reflektory. OK, świecą bardzo dobrze, w końcu to LED, jednak widać, że nie jest to najnowsza technologia, bowiem brakuje mi reflektorów skrętnych. Coś jak Matrix LED w Audi. Takie rozwiązanie miałem nawet w DS 3 Crossback, który to przecież jest miejskim kompaktem. Do czego jeszcze mogę się przyczepić? Do braku masaży. Fajnie w długiej trasie, jadąc komfortowym autem dać sobie odrobinę przyjemności. Na koniec coś, czego naprawdę mi brakowało. Chodzi o elektryczne fotele z pamięciami. Nowy Tucson startuje od 76 tysięcy złotych. Ta wersja wyceniona jest na około 160 tysięcy, a więc… troszeczkę więcej. Niedopuszczalne według mnie jest to, że nie ma tak podstawowego gadżetu. Aha, byłbym zapomniał. Jest tempomat. Ba Hyundai nazywa go inteligentnym, aczkolwiek nie należy mylić go z aktywnym. Auto utrzymuje pas ruchu, a hamuje tylko w awaryjnych sytuacjach. To trochę słabe. 

Ponarzekałem sobie. Teraz czas na pochwały. Te dotyczą silnika i skrzyni biegów

Hyundai Tucson N Line wyposażony był w 2-litrowy silnik diesla generujący 185 KM i 400 Nm momentu obrotowego. Motor ten współpracował z 8-biegowym automatem. Auto wyposażone było w napęd 4×4, dołączany, a więc głównie jeździmy na przód, natomiast gdy jest to wymagane, dołącza się tył. Jak dla mnie jest to połączenie niemal idealne. Oczywiście nie myślcie sobie, że mając usportowioną wersję N Line, która ma lepszy układ kierowniczy i zmodyfikowane zawieszenie będziecie królem szos. Nie zapominajcie, że to nadal SUV, który waży 1748 kg. Tak czy inaczej, dynamiki pomimo 9,5 s do setki nie brakuje. Na każdym biegu motor potrafi przyspieszyć, a w przypadku wyprzedzania skrzynia szybko redukuje biegi aby nie zabrakło nam mocy. Co ciekawe, wcale nie narzekałem na spalanie, bowiem przy spokojnej jeździe po drogach krajowych komputer wskazał zaledwie 4.8 litra na setkę. Jadąc ekspresówką, gdzie starałem się nie przekraczać 120 km/h ostatecznie osiągnąłem wynik na poziomie 6 litrów. Z kolei drastycznie wynik ten rośnie w mieście, szczególnie w korkach. O ile nocna jazda po mieście sprawi, że spalicie około 8 litrów (jeśli będzie pusto), o tyle w godzinach szczytu komputer wskazywał 12 litrów na setkę. Rozbieżność wręcz ogromna, ale nie zapominajmy o wadze auta. Tak czy inaczej zbiornik na paliwo ma pojemność 58 litrów. To oznacza, że stację będziecie odwiedzali średnio co 600 – 700 kilometrów. Oczywiście wszystko zależy od tego, jak ciężką macie stopę. 

Podsumowanie
Tak, wiem, rozpisałem się. Ale to jest tak, że jak jest fajny samochód, to można o nim pisać i pisać. Właśnie taki jest Hyundai Tucson N Line. To auto, z którego nie chce się wysiadać, którym miło pokonuje się długie dystanse, które jest bardzo dobrze wycenione. Oczywiście to nie jest samochód pozbawiony wad, co wcześniej pokazałem, ale to nadal, pomimo kilku lat od premiery dobre auto, którego zakupu nie będziecie żałowali. I tak, to jest jeden z niewielu samochodów, które w przypadku, gdybym nie jeździł co tydzień innym, testowym autem brałbym pod uwagę jeśli chodzi o zakup. Jeśli więc chcecie kupić SUV-a (kompaktowego), który będzie dobrze wykonany, wyposażony w fajny silnik i napęd, a do tego oferować będzie szereg podstawowych gadżetów to chyba Hyundai Tucson N Line będzie odpowiednim autem. Ładny, porządny, kompaktowy SUV. Tak w jednym zdaniu można podsumować bohatera tego artykułu.
Zalety
Ładny wygląd
Poprawna praca układu kierowniczego
Dobrze zestrojone zawieszenie
Wysoki komfort podróżowania
Świetne i tanie audio Krell
Dobry stosunek ceny do jakości
Wady
Brak elektrycznego sterowania foteli i pamięci ustawień
Brak aktywnych reflektorów
Niby tempomat inteligentny, a jednak nie jest aktywny
8.5
Wynik
MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ
Jak dezynfekować sprzęt komputerowy w czasie pandemii?
Jak dezynfekować sprzęt komputerowy w czasie pandemii?