NBA w tarapatach? Jak liga poradzi sobie z wirusem?

Wirus COVID-19 dopadł wszystkie dziedziny naszego życia, a w tym oczywiście sport. O ile kluby sportowe na całym świecie starają się przestrzegać wszystkich środków bezpieczeństwa związanych z koronawirusem, to prawdopodobieństwo zarażenia w dalszym ciągu jest wysokie. W ostatnim czasie dotkliwie dowiaduje się o tym liga NBA. 

W poprzednim sezonie NBA świetnie poradziła sobie z pandemią COVID-19

Patrząc na poprzedni sezon można powiedzieć, że liga NBA mogła posłużyć za wzór do naśladowania dla innych lig. Adam Silver, komisarz ligi NBA po całkowitym zawieszeniu rozgrywek zaczął szukać alternatyw. Na horyzoncie pojawiła się gra w tzw. bańce, czyli na terenie Walt Disney World w Orlando. Wielki obszar, na którym zadomowili się zawodnicy 22 z 30 drużyn najlepszej ligi świata opiewał w luksusy, do których mieli dostęp.

Cały pomysł wypalił bardzo dobrze. Liga przez trzy miesiące grania w bańce nie zanotowała ani jednego pozytywnego wyniku na obecność COVID-19. Wszystkie mecze rozegrały się bez żadnych przeszkód. Pozostała jednak sprawa mentalności zawodników. Oczywiście, taka jest ich praca i powinni traktować to jako wyjazd służbowy, jednak brak bezpośredniego kontaktu z najbliższymi, przechadzanie się codziennie tymi samymi korytarzami i widzenie tych samych twarzy 24/7 może sprawić, że nawet najtwardszy osobnik po prostu wymięknie mentalnie. I tak samo było u koszykarzy drużyn NBA. 

Wielu z nich znacząco obniżyło loty i zeszło poniżej poziomu, który zazwyczaj prezentują. Przykładem był Pascal Siakam, zawodnik Toronto Raptors, który w tym samym sezonie zagrał w pierwszej piątce meczu gwiazd, a po przyjeździe do bańki był cieniem samego siebie. Efekt ten działał również w drugą stronę, a doskonałym przykładem był TJ Warren. Gracz Indiana Pacers w bańce grał jak drugie wcielenie Michaela Jordana. Skrzydłowy drużyny z Indiany rzucił w jednym meczu 50 punktów! 

Bańka okazała się strzałem w „10”. Czy czeka nas powtórka z rozrywki?

Koniec bańki, początek kłopotów?

Adam Silver, jak i wszystkie media po zakończonym sezonie przyznały, że bańka zakończyła się wielkim sukcesem. Niemniej jednak była to spora inwestycja, ponieważ według raportów liga NBA na całe przedsięwzięcie wydała ponad 150 milionów dolarów. Patrząc przez pryzmat tego, że w sezonie 19/20 NBA zarobiło ponad 8,3 miliarda dolarów jest to niewielki wydatek. I mówimy tutaj o 10% spadku względem poprzedniego roku! Są to oczywiście astronomiczne sumy, na które mogą sobie pozwolić nieliczne ligi. 

Oczywiście utrzymanie bańki przez pół roku to znacznie wyższe koszta. Nie jest możliwe, żeby cały sezon od grudnia do końca maja został rozegrany właśnie w takich warunkach. Obecny sezon zaczął się z opóźnieniem, bo w grudniu (nominalnie jest to październik) i NBA powróciła “do normalności”. Liczy on 72 mecze sezonu regularnego, a nie normalne 82. Każda drużyna gra w swojej hali. Wyjątkiem są Toronto Raptors, którzy ze względu na zakaz wstępu z USA do Kanady przenieśli się do Tampy na Florydzie. Mecze rozgrywają się bez udziału publiczności, więc ta nowa „normalność” jest dziwna. 

Niestety, NBA nie może kontrolować tego co robią gracze w wolnym czasie, choć na początku nałożone zostały pewne restrykcje. Pierwsze tygodnie minęły spokojnie, jednak jeden pozytywny przypadek koronawirusa wywołał lawinę zachorowań. 

Zaczęło się od Setha Curry’ego, który wynik pozytywny otrzymał… w trakcie spotkania. Gracz Philadelphia 76ers rozegrał cały mecz z Washington Wizards. Po tym incydencie cała drużyna Sixers przeszła na kwarantannę. Kolejnej nocy Wizards rozegrali mecz z Boston Celtics. Na drugi dzień Robert Williams III, wysoki Celtics miał już wynik pozytywny. Pierw na kwarantannę poszło dwóch innych graczy, a po kilku dniach okazało się, że większość zawodników Celtics musi poddać się izolacji. Do występu w spotkaniu drużyna potrzebuje 8 zdrowych graczy, a tego w składzie Bostonu zabrakło. Liga więc przeniosła trzy następne mecze Boston Celtics. Tak samo stało się ze spotkaniami Miami Heat, Dallas Mavericks i innych klubów NBA. 

Hale NBA w tym sezonie świecą pustkami.

Co zrobi liga? Czy są jakieś rozwiązania?

NBA musi jakoś poradzić sobie z tym co dzieje się w drużynach. Na ostatnim zebraniu ligi wprowadzono nowe obostrzenia, które mówią m.in. o ograniczeniu kontaktu między zawodnikami, co jest absurdem, bo koszykówka to przecież sport kontaktowy. Zawodnicy mają do minimum ograniczyć spotykanie się z osobami z zewnątrz, a ich jedyna droga powinna prowadzić do ośrodka treningowego, samolot i na halę. Już pojawiły się głosy sprzeciwu, i nie ma się czemu dziwić.

Jednym z rozwiązań jakie podał Adam Silver jest zawieszenie rozgrywek na 10-14 dni. Ma to na celu zahamowania ewentualnego rozprzestrzenienia się wirusa wśród drużyn. Pomysł bańki pewnie wróci w okolicach Play-Offs. Sytuacja, w której najważniejszy gracz zespołu wypada z powodu kwarantanny przekreślając szanse drużyny na awans do kolejnej rundy będzie po prostu tragiczna.