Po kilku testach chińskich samochodów zaczynam zauważać zmianę. Początkowo dostawaliśmy świetne wyposażenie, niezłe wykonanie i atrakcyjne ceny, ale wszystko psuły multimedia, nadgorliwi asystenci oraz ergonomia zaprojektowana chyba przez człowieka, który nigdy nie prowadził auta w Europie. Jaecoo 5 Hybrid pokazuje, że Chińczycy odrabiają lekcje. Pojechałem nim do Bukowiny Tatrzańskiej, przejechałem autostradami, krajówkami, górskimi drogami i po tygodniu mogę powiedzieć jedno: to naprawdę przyjemny mały crossover. Wygodny, oszczędny i coraz bardziej normalny. Gdyby jeszcze projektanci przestali tak namiętnie zaglądać przez płot do Range Rovera, byłoby naprawdę dobrze.

Jaecoo 5 Hybrid obok Evoque. Tego nie da się odzobaczyć
Samo Jaecoo 5 Hybrid wygląda dobrze. Jest zwarte, zgrabne, ma odpowiednio masywną sylwetkę i nie sprawia wrażenia taniego samochodu. Biała karoseria połączona z czarnym dachem naprawdę mu pasuje. Problem w tym, że dokładnie taka konfiguracja bardzo mocno podkreśla podobieństwo do Range Rovera Evoque.
Przekonałem się o tym przypadkiem. Zaparkowałem Jaecoo obok białego Evoque z czarnym dachem i przez chwilę przyglądałem się obu samochodom. Nie twierdzę, że ktoś w Chinach postawił Range Rovera przed projektantem i powiedział: „narysuj to samo, tylko trochę inaczej”. Ale gdy oba auta stoją obok siebie, skojarzenie pojawia się natychmiast. Proporcje, linia dachu, sposób budowania masywności nadwozia i ogólny klimat są po prostu zbyt podobne.

Dla niektórych klientów będzie to pewnie zaleta. W końcu za około 120 tys. zł dostajemy crossovera, który z daleka może kojarzyć się z samochodem znacznie droższym. Tylko mnie takie podejście trochę drażni. Chińska motoryzacja jest już dziś wystarczająco dobra, żeby przestać kopiować europejskie wzorce. Geely potrafi zrobić własny projekt, BYD potrafi, Chery też coraz częściej pokazuje ciekawą stylistykę. Jaecoo również powinno.
Bo żart „Range Rover z Temu” w przypadku Jaecoo 5 Hybrid właściwie pisze się sam. A szkoda, ponieważ pod tym znajomo wyglądającym nadwoziem kryje się naprawdę przyzwoity samochód.

Chińczycy wreszcie odkrywają, że samochód ma pomagać
Największą zmianę widzę jednak nie w stylistyce, tylko w elektronice. Testowałem już wystarczająco dużo chińskich samochodów, żeby przed każdą jazdą zastanawiać się, ile czasu zajmie mi wyłączanie wszystkiego, co za chwilę będzie próbowało mnie ratować przed nieistniejącym zagrożeniem.
W niektórych modelach schemat wyglądał podobnie. Spojrzysz w lusterko – alarm. Zbliżysz się do linii – kierownica próbuje cię przesunąć. Droga została przemalowana i widać stare oznaczenie – samochód zaczyna dyskutować z kierowcą, który pas ruchu jest właściwy. Do tego kamera obserwująca twarz dochodzi do wniosku, że każde spojrzenie w bok oznacza utratę koncentracji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zamiast doceniać wyposażenie, masz ochotę wysadzić elektronicznego pasażera na najbliższym przystanku.

W Jaecoo 5 Hybrid jest zdecydowanie lepiej, co nie znaczy, że idealnie. Systemy nadal są obecne i oczywiście spełniają wszystkie współczesne wymagania, ale podczas mojego testu znacznie rzadziej miałem poczucie, że samochód próbuje być mądrzejszy ode mnie. To dokładnie ten kierunek, którego oczekiwałem. Asystent ma zareagować, kiedy faktycznie popełniam błąd, a nie prowadzić ze mną nieustanną dyskusję.
Brzmi banalnie? Po kilku chińskich autach taka normalność zaczyna smakować jak luksus.

Do Bukowiny Tatrzańskiej pojechałbym nim ponownie
Dłuższa trasa pokazała też, że Jaecoo 5 Hybrid nie jest wyłącznie miejskim crossoverem do wożenia zakupów między galerią handlową a osiedlem. Do Bukowiny jechało mi się nim naprawdę przyjemnie. Fotele są wygodne, zawieszenie sensownie zestrojone, a po kilku godzinach za kierownicą nie zacząłem zastanawiać się, który fizjoterapeuta ma najbliższy wolny termin.
Auto jest przede wszystkim komfortowe. Nie próbuje udawać sportowego crossovera, nie tłucze na nierównościach i nie daje kierowcy do zrozumienia, że każde rondo jest zakrętem kwalifikacyjnym na torze. Na górskich drogach zachowuje się przewidywalnie, a układ kierowniczy jest lekki i wystarczająco precyzyjny do charakteru tego samochodu.

Jaecoo 5 Hybrid ma 224 KM mocy systemowej, ale nie traktowałbym tej liczby jak zapowiedzi wielkich emocji. Do setki przyspiesza w 7,9 sekundy, więc zdecydowanie nie jest zawalidrogą, natomiast hybrydowy układ najlepiej sprawdza się wtedy, gdy po prostu korzystamy z jego zapasu mocy podczas wyprzedzania czy włączania się do ruchu. To nie jest samochód, który prowokuje do szukania krętej drogi. I nie musi nim być. Ma sprawnie oraz wygodnie dowieźć rodzinę do Bukowiny, a potem nie zrujnować właściciela przy dystrybutorze.
W tej roli wypada bardzo dobrze.

Jaecoo 5 Hybrid pali tyle, że trudno narzekać
Najbardziej spodobało mi się spalanie. Na drogach krajowych bez większych wyrzeczeń można zejść w okolice 5 l/100 km. Na autostradzie wynik 6,5–7 l/100 km również nie wymaga jazdy za ciężarówką, wyłączonej klimatyzacji i modlitwy do boga aerodynamiki.
To naprawdę bardzo dobre wartości jak na crossovera z benzynowym silnikiem, automatem i sporą mocą systemową. Szczególnie że nie mamy tutaj napędu plug-in. Niewielka bateria o pojemności 1,83 kWh obsługiwana jest przez samochód i kierowca nie musi się nią w zasadzie interesować. Oficjalne średnie zużycie wynosi 5,3 l/100 km i moje wyniki z dróg krajowych pokazują, że nie jest to liczba wyssana z palca.

Wsiadasz i jedziesz. To wszystko. Nie masz wallboxa? Nieważne. Przyjechałeś do hotelu bez ładowarki? Trudno, idziesz do pokoju. Publiczny słupek nie działa? Możesz nawet nie wiedzieć, że stoi po drugiej stronie parkingu. Po prostu raz na kilkaset kilometrów tankujesz benzynę i ruszasz dalej.
I właśnie dlatego pełne hybrydy są dla wielu kierowców znacznie bardziej logicznym rozwiązaniem niż PHEV. Plug-in jest świetny, co pokazał mi test Mercedes-Benz E 300 e 4MATIC, który przejechał ponad 100 kilometrów na prądzie. Ale takie rozwiązanie jest fajne, jeśli naprawdę ładujesz auto. Jeżeli nie masz gdzie tego robić, zaczynasz wozić dużą baterię dla samej przyjemności zwiększania masy samochodu. Tutaj cała elektryczna część napędu pracuje w tle i nie wymaga zmiany stylu życia. Technologia ma działać właśnie w ten sposób – niewidocznie.

Zasięg? Tutaj wraca stara, dobra normalność
Jaecoo 5 Hybrid ma 51-litrowy zbiornik paliwa. Przy spalaniu osiąganym w trasie oznacza to bardzo sensowny zasięg na poziomie 800 kilometrów. Nie trzeba analizować wykresów, planować przerwy w miejscu, gdzie akurat znajduje się odpowiednio szybka ładowarka, ani zastanawiać się, czy ktoś wcześniej nie zajął jedynego działającego stanowiska.
Jestem w stanie docenić dobre elektryki, szczególnie takie jak Hyundai Inster czy Ioniq 5 N, ale długa podróż samochodem spalinowym albo pełną hybrydą nadal ma jedną ogromną zaletę: prostotę. Kończy się paliwo, zatrzymujesz się na kilka minut i jedziesz dalej. Koniec opowieści.
W Jaecoo dodatkowo nie trzeba płacić za tę wygodę wysokim spalaniem. Pięć litrów na krajówce oznacza, że hybryda faktycznie wykonuje swoją robotę, a nie służy wyłącznie do umieszczenia efektownego napisu w folderze reklamowym.

W kabinie wygodnie, ale ten zapach…
Wnętrze jest nowoczesne i całkiem przyjemne. Centralny ekran ma 13,2 cala, jest bezprzewodowy Apple CarPlay i Android Auto, mamy kamerę pokazującą otoczenie samochodu, sporo systemów bezpieczeństwa i listę wyposażenia, która jeszcze kilka lat temu w aucie za około 120 tys. zł wymagałaby spędzenia pół godziny w konfiguratorze.
Pod względem jakości również nie jest źle. Elementy są dobrze spasowane, podczas jazdy nic mnie szczególnie nie drażniło, a projekt kabiny pasuje do nowoczesnego charakteru auta. Nie miałem poczucia, że siedzę w tanim samochodzie. Miałem za to poczucie, że siedzę w nowym chińskim samochodzie. Dosłownie.

Eko-skóra w testowanym egzemplarzu wydzielała trochę tandetny, chemiczny zapach. Trudno go dobrze opisać. Trochę nowy fotel biurowy, trochę sklep z tworzywami sztucznymi, trochę samochód odebrany prosto z kontenera. W sumie nic dziwnego, bo odbierając to auto widziałem, że ma przejechane zaledwie 400 kilometrów. Po kilku minutach przestajesz zwracać na to uwagę i prawdopodobnie z czasem zapach osłabnie, ale pierwsze wrażenie można byłoby poprawić. Szczególnie że Jaecoo chce być czymś więcej niż budżetową marką. Przy cenach przekraczających 100 tys. zł klient zaczyna zwracać uwagę również na takie detale.

Audio po prostu gra. I niewiele więcej
Podobnie jest z nagłośnieniem. Nie powiedziałbym, że jest złe, ale też zdecydowanie nie znalazłem powodu, żeby po dotarciu do celu zostać w aucie i dokończyć ulubiony utwór. Gra poprawnie. Jest bas, są wysokie tony, podcastu da się słuchać, muzyki również. Na tym mniej więcej kończą się emocje.
Może jestem trochę rozpieszczony, bo ostatnio trafiały mi się samochody z naprawdę świetnymi zestawami audio, ale w Jaecoo spodziewałem się czegoś więcej. Chińczycy przyzwyczaili przecież klientów do filozofii „dajmy wszystko”. Jeśli na pokładzie mamy wielki ekran, systemy kamer, podgrzewanie, wentylację, panoramę i elektronikę w każdym możliwym miejscu, naturalnie oczekuję, że głośniki również zrobią dobre wrażenie. Tutaj nie robią. Są. Grają. Tyle. Da się przeżyć. To nadal miejski crossover, a nie sala koncertowa na kołach.

120 tysięcy za Jaecoo 5 Hybrid. Tanio już było
No właśnie. Cena. Podstawowe Jaecoo 5 Hybrid Comfort kosztuje 119 500 zł, a Premium 136 500 zł. I z jednej strony trudno powiedzieć, że to źle wycenione auto. Za 120 tys. zł dostajemy 224-konną pełną hybrydę, automat, 18-calowe felgi, duży ekran, bezprzewodowe Android Auto i Apple CarPlay, podgrzewane fotele oraz kierownicę, dwustrefową klimatyzację i bogaty zestaw asystentów.
Europejskie marki potrafią dziś za podobne pieniądze sprzedać znacznie mniej samochodu. Wystarczy przypomnieć sobie ceny miejskich hatchbacków dochodzące do 110 tys. zł czy kompaktowych crossoverów przebijających 150 tys.
Tylko że Jaecoo nie jest europejską marką z kilkudziesięcioletnią historią na naszym rynku. Chińczycy weszli do Europy z bardzo prostą obietnicą: damy wam więcej za mniej. I właśnie dzięki temu klienci byli gotowi przymknąć oko na mniej znany znaczek, niepewną wartość rezydualną czy dopiero rozwijającą się sieć serwisową.
Teraz Azjaci zaczynają powoli podnosić ceny. I mam wrażenie, że powinni uważać, żeby nie uwierzyć za mocno we własny sukces. Bo 120 tys. zł za Jaecoo 5 Hybrid jest jeszcze do obrony. Prawie 140 tys. zł za Premium? Tutaj zaczynam już bardzo dokładnie oglądać konkurencję. Samo to, że Audi A5 Limousine kupisz za 150 tys. zł. I to z Matrix LED! Cóż, ja bym się mocno zastanowił.

Chińczycy muszą uważać, żeby nie zostać drugim Volkswagenem
Największą przewagą chińskich marek przez ostatnie lata było to, że europejski klient patrzył na cenę i mówił: dobra, zaryzykuję. Za 30 czy 40 tys. zł różnicy łatwiej zaakceptować nieznaną markę. Jeżeli różnica zacznie topnieć do kilku tysięcy, znaczek ponownie nabiera znaczenia.
I wtedy klient zaczyna myśleć o Toyocie, Hyundaiu, Kii, Renault, Volkswagenie czy używanym Audi. Wie, gdzie je serwisować. Wie mniej więcej, za ile sprzeda je za pięć lat. Zna markę. Ojciec miał Toyotę, sąsiad ma Hyundaia, kolega jeździ Kią i nic mu się nie dzieje. Jaecoo dopiero musi taki kapitał zaufania zbudować.
Nie da się tego zrobić samym ekranem 13,2 cala i kamerą 540 stopni. Można dać klientowi siedem lat gwarancji, świetne finansowanie i dużo wyposażenia, ale czas nadal pozostaje elementem układanki. Za kilka lat dowiemy się, jak te samochody się starzeją i ile będą warte na rynku wtórnym. Dlatego cena powinna nadal pozostawiać klientowi nagrodę za odrobinę ryzyka.

Mimo wszystko Jaecoo 5 Hybrid mnie przekonało
I właśnie dlatego ten test kończę znacznie bardziej pozytywnie, niż przypuszczałem przed wyjazdem. Jaecoo 5 Hybrid po prostu dobrze sprawdziło się jako samochód. Nie jako „chiński samochód za te pieniądze”. Jako normalne auto. Pojechałem nim do Bukowiny Tatrzańskiej, zrobiłem dłuższą trasę, przejechałem autostradami, drogami krajowymi oraz górskimi odcinkami i nie wróciłem z listą rzeczy, które doprowadzały mnie do szału. To bardzo dużo mówi.
Było wygodnie. Spalanie okazało się świetne. Systemy wreszcie nie próbowały co chwilę udowadniać, że wiedzą lepiej. Napęd nie wymaga żadnej obsługi ze strony kierowcy. Kabina jest wystarczająco przestronna, bagażnik ma sensowne 410 litrów, a samochód zapewnia dokładnie taki poziom praktyczności, jakiego oczekuję od niewielkiego crossovera.
Nie zachwyca audio. Zapach eko-skóry mógłby być bardziej… szlachetny. Cena nie jest już typowo „chińska”. I nadal nie mogę wybaczyć stylistom, że postawienie auta obok Range Rovera Evoque wywołuje natychmiastowy uśmiech. Ale po raz pierwszy od pewnego czasu te wady wydają mi się dodatkiem do ogólnie dobrego samochodu, a nie powodami, przez które nie chciałbym nim jeździć.

Dla kogo jest Jaecoo 5 Hybrid?
Przede wszystkim dla kogoś, kto szuka niewielkiego crossovera do miasta, ale nie chce ograniczać się wyłącznie do miasta. Jaecoo spokojnie poradzi sobie z dłuższą trasą, jest wygodne, ma wystarczająco dużo mocy i przy spokojnej jeździe potrafi zużywać naprawdę niewiele benzyny. To również bardzo dobra propozycja dla osoby, która chciałaby hybrydę, ale nie ma ani ochoty, ani możliwości ładowania samochodu z gniazdka. Tutaj ten temat po prostu nie istnieje.
Trzeba natomiast zaakceptować mniej znaną markę, znak zapytania przy przyszłej wartości auta i wygląd, który może sprowokować znajomych do kilku żartów. Jeśli komentarz „Evoque z Temu” zrujnuje ci cały dzień, kup coś innego. Jeśli natomiast wzruszysz ramionami, spojrzysz na komputer pokazujący 5 l/100 km i pojedziesz dalej, Jaecoo może okazać się naprawdę rozsądnym wyborem.
Jaecoo jest coraz mniej „chińskie”, coraz bardziej po prostu dobre
Jaecoo 5 Hybrid pokazało mi przede wszystkim, jak szybko zmienia się chińska motoryzacja. Jeszcze niedawno zachwycała ceną i wyposażeniem, ale denerwowała w codziennym użytkowaniu. Teraz zaczyna poprawiać właśnie te elementy, które były najbardziej irytujące. Systemy bezpieczeństwa stają się bardziej cywilizowane. Napędy hybrydowe naprawdę potrafią być oszczędne. Prowadzenie jest normalne, komfort stoi na dobrym poziomie, a jakość wykonania przestaje wymagać dopisku „jak na chiński samochód”.
Na drogach krajowych Jaecoo 5 Hybrid paliło niewiele. Na autostradzie również. Nie podłączasz kabla, nie interesuje cię ładowarka, nie zmieniasz żadnych przyzwyczajeń. Po prostu jeździsz. I to mi się bardzo podoba.
Czy kupiłbym? Przy cenie 119 500 zł na pewno pojechałbym jeszcze raz na jazdę próbną i dokładnie porównał ofertę z Toyotą, Hyundaiem, Kią czy Renault. Nie jest już tak tanio, żeby decyzja była oczywista, ale samochód zdecydowanie zasługuje na miejsce na krótkiej liście. Premium za 136 500 zł przekonuje mnie mniej, bo w tym miejscu konkurencja robi się już naprawdę szeroka. Szczerze? Chyba jednak wolałbym dopłacić do europejskiej marki. Może to dziwne, ale jednak mam do nich większe zaufanie.
Jaecoo 5 Hybrid to chiński crossover, przy którym coraz trudniej śmiać się z samego faktu, że pochodzi z Chin. Można śmiać się z podobieństwa do Evoque, można żartować z zapachu eko-skóry, można kręcić nosem na cenę. Ale kiedy przejedziesz nim kilkaset kilometrów i zobaczysz 5 litrów na komputerze, robi się znacznie mniej zabawnie dla europejskiej konkurencji.
Chińczycy odrabiają lekcje. I robią to bardzo szybko. Jeśli masz chęć sprawdzić to auto, odwiedź stronę producenta Jaecoo i umów się na jazdę testową.