Hyundai Kona Hybrid jeździ się taniej niż EV. Sprawdziłem!

Hyundai Kona Hybrid N Line wygląda tak, jakby przed śniadaniem trenowała na torze, a po południu zamierzała ustawić pół miasta na światłach. Dwukolorowe nadwozie, duże felgi, ostre przetłoczenia i spojler robią naprawdę świetne wrażenie. Tyle że po zajęciu miejsca za kierownicą okazuje się, że sportowy strój założono w aucie, które wolałoby startować w zawodach ekonomicznej jazdy. I wiecie co? Wcale nie musi to być wada. Kona Hybrid jest autem dla kogoś, kto bardziej ekscytuje się zasięgiem na baku niż czasem przejazdu między dwoma rondami.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan. Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Hyundai Kona Hybrid N Line to samochód pełen kontrastów. Wygląda zadziornie, ale prowadzi się tak spokojnie, że po zakończonej podróży możesz nie pamiętać ani jednego zakrętu. Ma sportowe dodatki, ale największą radość daje wtedy, gdy komputer pokazuje spalanie zaczynające się od cyfry trzy. Jest bardzo dobrze wykonana, wygodna i wystarczająco praktyczna zarówno do miasta, jak i na dłuższą trasę.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Przy 120 km/h pali około 6 l/100 km, ale powyżej tej prędkości robi się głośniej i cały czar spokojnej podróży zaczyna lekko pryskać. Czy kupiłbym ją za około 153 tys. zł? Gdybym chciał świetnego transportu z punktu A do B i nie potrzebował emocji – zdecydowanie brałbym ją pod uwagę.

Hyundai Kona Hybrid N Line wygląda naprawdę świetnie

Nie będę udawał obojętnego. Kona w wersji N Line może się podobać. Hyundai odważnie podszedł do projektu, dzięki czemu ten crossover nie wygląda jak kolejne poprawne pudełko stworzone przez dział analiz rynku.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Mamy charakterystyczną listwę świetlną biegnącą przez przód, agresywne przetłoczenia, zadziorne zderzaki, świetne felgi i możliwość połączenia nadwozia z dachem w innym kolorze. Całość wygląda nowocześnie, trochę futurystycznie i zdecydowanie bardziej sportowo, niż samochód faktycznie jeździ.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Pakiet N Line robi swoją robotę. Kona wygląda tak, jakby regularnie piła wysokooktanowe paliwo, oglądała wyścigi i ćwiczyła starty spod świateł. W rzeczywistości najchętniej rusza spokojnie, odzyskuje energię i pomaga kierowcy pobić osobisty rekord niskiego spalania. To trochę jak człowiek ubrany od stóp do głów w profesjonalny strój do biegania, który wyszedł tylko po bułki do piekarni. Wygląda imponująco, ale rekordów świata dzisiaj nie będzie.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Czy to przeszkadza? Niekoniecznie. Większość pakietów sportowych w popularnych samochodach działa dokładnie tak samo. Klient chce atrakcyjniejszy wygląd, ale niekoniecznie twarde zawieszenie, głośny wydech i walkę z kierownicą podczas każdego dojazdu do pracy. Kona N Line daje sportową otoczkę bez sportowych niedogodności. Trzeba tylko wiedzieć, że na otoczce w zasadzie się kończy.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Wnętrze jest porządne i nie próbuje cię zdenerwować

Kabina robi bardzo dobre wrażenie. Materiały są porządne, spasowanie solidne, a projekt wystarczająco nowoczesny, żeby Kona nie wyglądała jak samochód poprzedniej epoki.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Na szczęście Hyundai nie uznał też, że kierowca powinien obsługiwać wszystko przez jeden wielki ekran. Mamy normalne przyciski i logicznie rozmieszczone funkcje. Nie trzeba zatrzymywać się na poboczu, żeby zmniejszyć temperaturę nawiewu albo wyłączyć podgrzewanie fotela.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Po kilku chińskich samochodach, w których prosta regulacja klimatyzacji bywa cyfrową wyprawą przez trzy podmenu, normalny panel sterowania zaczyna smakować jak luksus.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Fotele są wygodne i dobrze sprawdzają się podczas dłuższej jazdy. Nie mają ambicji sportowych kubełków, mimo stylistyki N Line, ale zapewniają odpowiednie podparcie i nie męczą. Po tysiącu kilometrów nie wysiadłem z auta z kręgosłupem przypominającym znak zapytania, więc zadanie wykonane.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Miejsca w kabinie również nie brakuje. Nowa generacja Kony wyraźnie urosła i przestała być mikroskopijnym miejskim crossoverem. Cztery osoby mogą nią podróżować bez składania kończyn w sposób znany z tanich linii lotniczych. Z tyłu nie ma oczywiście warunków Klasy S, ale jak na ten segment jest bardzo dobrze.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Bagażnik także wystarczy do normalnego życia. Zakupy, walizki na weekend, wózek dziecięcy czy kilka toreb na wakacje nie powinny stanowić problemu. To nadal crossover, a nie rodzinny autobus, ale codzienne obowiązki ogarnia bez marudzenia.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

3,2 litra w mieście. I po co mi wtedy elektryk?

Największe wrażenie zrobiło na mnie spalanie. Najniższy wynik, jaki udało mi się uzyskać w mieście, to 3,2 l/100 km. Poważnie. Trzy przecinek dwa litra benzyny w normalnym, wygodnym crossoverze, który nie wymaga ładowarki, kabla ani planowania życia wokół dostępności wolnego słupka.

Przy takim wyniku zaczynam zastanawiać się, po co przeciętnemu kierowcy miejski elektryk. Oczywiście samochód elektryczny może być jeszcze tańszy w eksploatacji, szczególnie podczas ładowania z własnej instalacji fotowoltaicznej. Tyle że Kona nie wymaga żadnych dodatkowych warunków.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Nie musisz mieć domu. Nie musisz mieć garażu. Nie musisz montować wallboxa. Nie musisz sprawdzać aplikacji operatorów ani oglądać, jak ktoś blokuje jedyną działającą ładowarkę, bo postanowił przez godzinę robić zakupy. Wsiadasz, jedziesz i po kilkuset kilometrach odwiedzasz stację. Koniec filozofii.

Na drogach krajowych udało mi się osiągnąć 4,1 l/100 km. To wynik, przy którym nawet najbardziej zagorzały fan diesli powinien przynajmniej unieść brew. Szczególnie że hybryda jest cicha w mieście i płynna.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Oczywiście moje wyniki wymagają spokojnej jazdy. Nie rozpędzałem się do każdego czerwonego światła i nie traktowałem pedału gazu jak przycisku uruchamiającego katapultę. Ale właśnie tak jeździ się Koną Hybrid. Ten samochód naturalnie zachęca, żeby patrzeć na przepływ energii i delikatnie operować gazem.

To trochę niebezpieczne. Po kilku dniach zaczynasz cieszyć się z oszczędzenia kolejnych dwóch dziesiątych litra, jakbyś właśnie wygrał klasyfikację generalną Rajdu Monte Carlo.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Na ekspresówce nadal jest bardzo dobrze

Przy 120 km/h Hyundai Kona Hybrid N Line zużywała około 6 l/100 km. To wynik bardzo dobry, szczególnie jak na benzynowego crossovera z automatem. Po tysiącu kilometrów średnie spalanie wyniosło 5,7 l/100 km. Było miasto, były drogi krajowe, były odcinki ekspresowe. Czyli normalne użytkowanie, a nie test przeprowadzony za ciężarówką, z wyłączoną klimatyzacją i lusterkami złożonymi dla lepszej aerodynamiki.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Takie spalanie sprawia, że Kona staje się naprawdę uniwersalna. W mieście potrafi być absurdalnie oszczędna, a na trasie nie zaczyna nagle palić jak duży SUV z benzynowym turbo.

Nie musisz więc wybierać między autem miejskim a samochodem na wyjazdy. Kona radzi sobie z jednym i drugim. Może nie jest idealnym połykaczem autostrad, ale przy spokojnej jeździe spokojnie może pełnić rolę jedynego auta w domu.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Przy 140 km/h sportowy wygląd już nie pomaga

Najlepiej utrzymywać tempo do około 120 km/h. Powyżej robi się wyraźnie głośniej. Słychać powietrze, opony i układ napędowy, który musi mocniej pracować. To nie jest dramat. Nadal da się jechać autostradą i prowadzić rozmowę bez krzyczenia do pasażera jak podczas koncertu metalowego. Ale czuć, że Kona nie została stworzona do regularnego latania lewym pasem z prędkością graniczącą z utratą prawa jazdy.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Przy 120 km/h jest spokojnie, ekonomicznie i komfortowo. Przy 140 km/h spalanie rośnie, hałas wzrasta, a cały sens hybrydowego układu zaczyna się powoli rozmywać. Kona mówi wtedy kierowcy: człowieku, zwolnij, przecież nam tak dobrze szło. I trudno się z nią nie zgodzić.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

N Line nie oznacza emocji za kierownicą

Niech nikogo nie zwiedzie dwukolorowa karoseria, spojler, wielkie felgi i agresywny wygląd. Hyundai Kona Hybrid N Line nie jest samochodem sportowym. Nie jest nawet samochodem szczególnie emocjonującym. Prowadzi się poprawnie. Bezpiecznie. Przewidywalnie. Wygodnie. I nudno jak flaki z olejem.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Wsiadasz, ustawiasz fotel, wybierasz kierunek, dojeżdżasz do celu i wysiadasz. Po pięciu minutach zapominasz, jak wyglądała droga. Nie pamiętasz zachowania układu kierowniczego, nie wspominasz świetnie pokonanego zakrętu i nie szukasz pretekstu, żeby wieczorem pojechać jeszcze raz do sklepu oddalonego o 40 kilometrów. Kona nie daje żadnych powodów do spontanicznego wybierania dłuższej drogi.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Układ kierowniczy działa lekko, zawieszenie zapewnia odpowiedni komfort, a nadwozie zachowuje się przewidywalnie. To wszystko są zalety w codziennym aucie. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy spojrzysz na nadwozie N Line i zaczniesz oczekiwać czegoś więcej.

Tutaj nie chodzi o wynik od zera do setki. Najważniejsza rywalizacja odbywa się między kierowcą a komputerem pokładowym. Wygrywa ten, kto zobaczy niższe spalanie.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Sportowy samochód dla księgowego

Kona Hybrid N Line jest trochę jak sportowy zegarek noszony przez człowieka, którego najintensywniejszą aktywnością jest szybkie wejście po schodach do biura. Wygląda świetnie, ma odpowiednie dodatki, ale nikt nie zamierza wykorzystywać go zgodnie z wizualną obietnicą. I nie ma w tym niczego złego.

Wielu klientów chce właśnie takiego auta. Nie interesuje ich walka z napędem, twarde zawieszenie i układ kierowniczy przekazujący informacje o każdym ziarenku piasku na asfalcie. Chcą samochodu, który dobrze wygląda, mało pali i codziennie odpala bez przedstawienia teatralnego. Kona robi to znakomicie.

Można nią spokojnie wozić dzieci, jeździć do pracy, parkować w mieście i raz na jakiś czas pokonać kilkaset kilometrów. Nie męczy, nie irytuje i nie wymaga specjalnego traktowania. To bardzo dobre narzędzie transportowe. Tylko narzędzie zapakowane w efektowne opakowanie.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Cena 153 tys. zł trochę studzi entuzjazm

Testowana Kona Hybrid N Line z rocznika modelowego MY27 (zobacz stronę marki Hyundai), po uwzględnieniu rabatu, kosztuje około 153 tys. zł. To dużo jak na miejskiego crossovera. Jeszcze nie tak dawno w tej kwocie można było wybierać w większych SUV-ach, dobrze wyposażonych kombi i samochodach z dużo mocniejszymi silnikami. Dzisiaj rynek wygląda inaczej i 150 tys. zł przestało szokować tak jak kilka lat temu. Nie oznacza to jednak, że kwota stała się mała.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Za te pieniądze otrzymujemy bardzo dobrze wykonane, efektowne i niezwykle oszczędne auto. Mamy automat, hybrydę, wygodne wnętrze, nowoczesne wyposażenie i wygląd, który nadal będzie przyciągał uwagę.

Problem polega na tym, że podobną funkcję może spełnić tańsza wersja Kony bez pakietu N Line. Będzie wyglądała mniej bojowo, ale pojedzie praktycznie tak samo. Jeśli więc dopłacasz do N Line, płacisz przede wszystkim za wygląd.

Czy warto? Jeśli ta stylizacja naprawdę ci się podoba, zapewne tak. Samochód kupujemy również oczami. Warto tylko nie wmawiać sobie, że spojler i czerwone przeszycia zapewnią sportowe doznania. Nie zapewnią.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

A może zamiast niej elektryczna Kona?

Hyundai oferuje również Konę Electric. Na papierze jest cichsza, dynamiczniejsza i jeszcze tańsza w miejskiej eksploatacji – o ile nie wyjeżdżasz gdzieś dalej i nie korzystasz z publicznych drogich ładowarek. Jej zakup ma sens przede wszystkim wtedy, gdy możesz wygodnie ładować auto w domu albo pod pracą.

Hybryda nie stawia takich warunków. Tankujesz ją w kilka minut, osiągasz spalanie na poziomie 3–5 litrów w mieście i nie zastanawiasz się, czy publiczna ładowarka będzie działać.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Przy miejskim wyniku na poziomie 3m nawet 4 l/100 km elektryk musi bronić się czymś więcej niż samymi kosztami energii. Musi dawać ciszę, lepszą dynamikę albo wygodę ładowania we własnym garażu. Jeśli masz polegać wyłącznie na publicznych stacjach, przewaga zaczyna się robić mocno dyskusyjna.

Kona Hybrid pokazuje, że klasyczna hybryda nadal jest prawdopodobnie najbardziej uniwersalnym rozwiązaniem dla przeciętnego kierowcy. Nie wymaga kompromisów znanych z elektryka, a jednocześnie w mieście potrafi zużywać absurdalnie mało paliwa. Nie jest futurystyczna. Jest po prostu skuteczna.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Konkurencja ma trudne zadanie

Naturalnymi rywalami Kony są Toyota C-HR, Renault Captur E-Tech, Nissan Juke Hybrid, Kia Niro i inne miejskie crossovery z napędami hybrydowymi. Toyota ma ogromne doświadczenie i bardzo oszczędny układ, ale jej stylistyka oraz ograniczona przestrzeń z tyłu nie każdemu odpowiadają. Captur jest spokojniejszy wizualnie, lecz również potrafi osiągać świetne wyniki spalania. Kia Niro będzie bardziej praktyczna i zachowawcza, ale nie wygląda tak efektownie jak Kona N Line.

Renault Captur E-Tech 145 KM full hybrid. Fot.: Ernest Dragan.
Renault Captur E-Tech 145 KM full hybrid. Fot.: Ernest Dragan.

Hyundai wygrywa połączeniem wyglądu, przestrzeni, wykonania i oszczędności. Nie jest najtańszy ani najbardziej emocjonujący, ale bardzo trudno wskazać w nim poważną wadę. Poza tym, że nie daje żadnej frajdy z prowadzenia.

Dla jednych będzie to problem. Dla większości klientów prawdopodobnie nie będzie miało większego znaczenia. Ludzie kupują crossovery głównie po to, żeby wygodnie dojeżdżać do pracy i łatwo wkładać zakupy do bagażnika, a nie po to, żeby analizować pracę przedniej osi podczas odpuszczania gazu w zakręcie.

Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Kona Hybrid N-Line MY26. Fot.: Ernest Dragan.

Dla kogo jest Hyundai Kona Hybrid N Line?

Dla osoby, która chce mieć atrakcyjny samochód, ale nie potrzebuje sportowych emocji. Dla kierowcy, który cieszy się bardziej z wyniku spalania niż z przyspieszenia do setki.

To świetny wybór do miasta. Hybryda potrafi tam pokazać pełnię możliwości, auto jest łatwe do zaparkowania, a kabina wystarczająco przestronna. Jednocześnie Kona poradzi sobie podczas dalszych podróży, pod warunkiem że kierowca zaakceptuje większy hałas przy autostradowych prędkościach.

Nie polecałbym jej osobie szukającej emocji. Pakiet N Line może sugerować charakter, którego tutaj po prostu nie ma. Taki kierowca powinien spojrzeć w stronę mocniejszego auta benzynowego, używanego hot hatcha albo — pozostając przy Hyundaiu — Ioniqa 5 N, jeśli portfel i poglądy na elektryki pozwalają na takie szaleństwo. Kona Hybrid jest dla ludzi spokojnych. Tylko niekoniecznie takich, którzy chcą wyglądać spokojnie.

Hyundai Ioniq 5 N 84 kWh 650 KM. Fot.: Ernest Dragan.
Hyundai Ioniq 5 N 84 kWh 650 KM. Fot.: Ernest Dragan.

Co sądzę o tym aucie? Kona Hybrid N Line to rozsądek przebrany za sportowca

Hyundai Kona Hybrid N Line jest bardzo dobrym samochodem. Świetnie wygląda, ma porządnie wykonane wnętrze, wygodne fotele i wystarczająco dużo przestrzeni do codziennego życia. Trudno znaleźć element, który naprawdę irytuje.

Największym atutem pozostaje spalanie. Wyniki są rewelacyjne. Pokazują, że klasyczna hybryda nadal ma ogromny sens. Kona nie potrzebuje ładowarki, nie ogranicza zasięgiem i nie zmusza właściciela do planowania trasy pod dostępność słupków. Po prostu zużywa bardzo mało benzyny. Czy daje emocje? Ani trochę. Prowadzi się poprawnie, bezpiecznie i nudno. Wsiadasz, jedziesz, wysiadasz i zapominasz o podróży szybciej, niż zamykają się drzwi. Tylko czy w codziennym samochodzie to naprawdę problem?

Gdybym chciał oszczędnego auta, które świetnie sprawdzi się jako transport od punktu A do B, mocno rozważyłbym Konę. Gdybym chciał czerpać przyjemność z każdego zakrętu, nawet nie patrzyłbym w jej stronę. Hyundai Kona Hybrid N Line wygląda jak sportowiec, ale myśli jak księgowy. Nie interesują jej rekordy przyspieszenia. Ona chce wygrać wynik spalania. I trzeba przyznać, że w tej dyscyplinie jest naprawdę znakomita.

Add a Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama