Szwedzki projekt flagowego SUV-a udowadnia, że można zrobić coś raz, a dobrze. To właśnie dlatego wystarczył delikatny lifting, by Volvo XC90 II 2.0 B5 Mild Hybrid 250 KM wyglądało obłędnie dobrze. W sumie wydaje mi się, że nawet gdyby go nie wprowadzono, wielu klientów nadal decydowałoby się na ten model.

Minęło tak wiele lat, a ten samochód nadal wygląda świeżo. OK, producent zdecydował się na odświeżenie, ale niekoniecznie było niezbędne. Nie zmienia to faktu, że ten lifting wprowadził kilka istotnych zmian, przedłużających życie tego modelu. Wcale nie chodzi mi o kwestie designu, a aspekty techniczne. Sprawdziłem wersję B5, a więc wariant z miękką hybrydą, który pod maską ma 2-litrową benzynę. Nadal uważam, że do tego auta idealnie pasuje inny silnik. Jakiś czas temu testowałem XC90 z dieslem i to był strzał w dziesiątkę. Czy przekonam się do benzynowego wariantu? Sprawdźmy.

Ponadczasowy
Tak jednym słowem można określić design Volvo XC90 II 2.0 B5 Mild Hybrid 250 KM. Dlaczego? To proste. Przecież tu jest zmian tak niewiele, że można je zmieścić w krótkim newsie. Na froncie pojawiły się nowe reflektory, inna (ładniejsza, fakt) osłona chłodnicy. Odświeżono delikatnie maskę, błotniki, przyciemniono tyle światła. Lifting wprowadził nowe felgi aluminiowe czy nowy efektowny lakier. Nadal mówimy o dużym SUV-ie (jak na europejskie standardy), który ma 495 cm długości, 178 cm wysokości oraz 200 cm szerokości.

We wnętrzu również zauważymy kilka zmian. Producent zdecydował się na zastosowanie większego ekranu, który teraz wystaje poza kokpit, co niekoniecznie podoba się osobom, z którym rozmawiałem na temat tego modelu – podobnie wypada kwestia XC60 po liftingu. Plus za zmianę kratek wentylacji – teraz są o wiele ładniejsze. Nadal mamy do dyspozycji najlepszej jakości materiały. Ich spasowanie jest wręcz wzorowe. Szczerze mówiąc, minęło już ponad dziesięć lat od premiery tego auta, producent delikatnie, ale to serio delikatnie przeprojektował kokpit i nadal nie ma się do czego przyczepić. Wygląda więc na to, że producent doszedł do wniosku, że zrobi coś raz, a dobrze.

Volvo XC90 B5 jest jak elegancki, idealnie skrojony garnitur
Są takie stylizacje, które będą pasować przez wiele lat. Ba, one będą zachwycać, pomimo tego, że są w twojej szafie od dawna. Wystarczy, by projektant szedł o krok przed konkurencją. Właśnie tak widzę Volvo XC90. Jest eleganckie, prestiżowe, wyjątkowe, a zarazem nie krzyczy wszem i wobec: patrzcie, odniosłem sukces, stać mnie na luksus. Nie, jest zupełnie inaczej. Oczywiście, ten design potrafi zainteresować, gdyż tu wszystko do siebie pasuje – mam na myśli projekt wnętrza, jak i karoserii. Nie jest on jednak tak krzykliwy i ociekający luksusem, czego można doświadczyć w przypadku niektórych konkurencyjnych SUV-ów.

Tu wsiadając do wnętrza jesteś izolowany od tego, co dzieje się na zewnątrz, ale dotykając praktycznie każdego miejsca wiesz, że jesteś posiadaczem auta luksusowego. To jest wybitnie fajne, bowiem czujesz ten prestiż, ale nie krzyczysz nim. Właśnie tak, jak w przypadku eleganckich, idealnie skrojonych garniturów. Może ktoś się zirytować ale to tak jak w świecie zegarków. Porównaj sobie modele projektowane przez markę Omega, a te, które oferuje Diesel. W przypadku mody? Zerknij na Balenciagę, a w kierunku projektów BOSS. Jest różnica, prawda? Tu też jej doświadczamy.

Arystokrata na drodze
On nie jedzie. On płynie. On nie pokonuje kolejnych kilometrów. On daje odpoczynek po ciężkim i długim dniu. Wspomniane, bardzo dobrze wyciszone wnętrze przepełnione wysokiej klasy materiałami w połączeniu z rewelacyjnym zawieszeniem sprawia, że nawet na tych dużych, 22-calowych felgach aluminiowych jeździ się bardzo komfortowo, ale to nie znaczy, że jest to wielka łódź, która buja się na boki przy większym wietrze. Absolutnie! Tu w standardzie mamy już zmodyfikowane zawieszenie, gdzie każdy z amortyzatorów mechanicznie dostosowuje się do warunków, jakie panują na drodze. Do tego dodajmy opcjonalną pneumatykę i mamy pojazd niemal idealny, który spisuje się świetnie nawet na nierównych drogach.





Arystokrata nie patrzy na zużycie paliwa, jednak warto wiedzieć o tym, jak ono wygląda, a według mnie wypada słabo. Nic dziwnego. Mamy przecież styczność z ogromnym wozem, którego pod maską pracuje skromny, 2-litrowy silnik z układem miękkiej hybrydy, który generuje 250 KM i 360 Nm momentu obrotowego. Przyspieszenie do setki trwa zaskakująco szybko, jak na te parametry. Mam tu na myśli zaledwie 7,7 sekundy.

Wracając do spalania, w mieście trzeba liczyć na 11 – 15 litrów na każde 100 km. Dopiero jadąc bardzo spokojnie, komputer wskazuje 8 – 9 litrów. Na drodze ekspresowej trzeba celować w 10 litrów. Wartości według mnie bardzo duże, ale fizyki nie oszukamy. Dla porównania, auto z dieslem spalało przy spokojnej jeździe 6,5, na ekspresówce 8, a po mieście 9 – 11.

Połączenie elegancji z nowoczesnością
Volvo XC90 II 2.0 B5 Mild Hybrid po liftingu zostało „wzbogacone” o szereg nowinek technologicznych, które sprawiają, że to auto nadal może konkurować z takimi modelami jak Lexus RX, Mercedes-Benz GLE, Audi Q7 czy BMW X5. Szczególnie zachwycam się zastosowaniem systemu Android, który sprawia, że auto jest takim naszym „samochodowym smartfonem”. Nie musimy myśleć o podłączeniu telefonu – te same aplikacje mamy już zainstalowane. Spotify, Mapy Google i wiele innych. Co ważne, mapy pojawiają się również na liczniku przed kierowcą, więc nie musimy zerkać w tamtym kierunku by sprawdzić jak dotrzeć do celu. Świetne.






Pozostając przy temacie nowinek, znaczny postęp widzę w przypadku reflektorów, które w nocy świecą zdecydowanie lepiej. Precyzyjnie wycinają innych uczestników ruchu, a my możemy czuć się bezpiecznie podczas pokonywania kolejnych kilometrów na trasie, do której XC90 według mnie jest stworzone. Nie sposób nie wspomnieć o wygodnych fotelach z funkcją masażu, podgrzewania i wentylacji oraz obłędnie wzorowym systemie audio Bowers&Wilkins, który jest według mnie obowiązkowym elementem wyposażenia i jeśli ktoś go nie dobiera, nie wie co traci. Co ciekawe, producent nie stosuje modnego systemu oświetlenia wnętrza. Jakieś jest, ale znikome w porównaniu do konkurencji. Szwedzki spokój i stonowanie w połączeniu z elegancją i wysoką klasą materiałów znajduje swoich odbiorców.

Czy warto kupić flagowego SUV-a ze Szwecji?
Po tych zachwytach nad autem, czas na zimną kalkulację. Konkurencja jest równie ciekawa, co szwedzki SUV. Lexus RX startuje od 285 900 zł, jednak osobiście uważam, że stracił on na jakości względem poprzedniej generacji, a do tego jest już w pewnym sensie przestarzały. By pochwalić się fajnym wyposażeniem musimy celować w topową odmianę Omotenashi, a ta jest wyceniona na 447 900 zł. Plus za zastosowanie 2,5-litrowego silnika, jednak skrzynia E-CVT nadal do mnie nie przemawia.
Można jeszcze zamawiać Audi Q7, które startuje od 360 600 zł za wersję z 2-litrowym TDI, jednak nie oszukujmy się – widać na tym aucie ślad czasu. Zdecydowanie jest to końcówka życia tej generacji, więc niekoniecznie sensowne jest wybieranie Q7. W wariancie TFSI cena zaczyna się od kosmicznych 416 500 zł, a kiedy dodamy kilka fajnych elementów wyposażenia, zbliżymy się do 480 tys zł. Dużo? Dużo, ale wtedy pod maską pracuje 3-litrowe V6 połączone z 8-biegowym automatem, a to zmienia postać rzeczy.
Mercedes-Benz GLE również startuje od wysokiego 390 300 zł za odmianę 300 d 4MATIC. Nie oszukujmy się – to dopiero początek wydatków. Jeśli zaszalejemy w konfiguratorze, szybko przekroczymy 500 tys zł. Szczególnie, gdy wybierzemy benzynę, co prawda również 3-litrową ale wtedy startujemy od 480 tys zł za wersję, jak na GLE wyposażoną w totalnie… nic. Kupowanie tego modelu również w pewnym sensie mija się teraz z celem, gdyż wszyscy czekają na lifting. Dopiero po jego wprowadzeniu będzie warto mocno negocjować cenę, bądź faktycznie wybranie modelu najnowszej generacji.
Jeszcze drożej wypada BMW X5, które startuje od 410 000 zł za wersję xDrive 30d. Chcesz coś fajnego? Musisz wybrać opcję Edycja M Sport, a wtedy cena wynosi 474 900 zł. Chcesz hybrydę? Spodziewaj się wydatku na poziomie 532 000 zł. Benzyna? Za X5 xDrive40i zapłacisz 494 900 zł. Sporo.
Jeśli chodzi o testowany model, cena startuje od 339 900 zł, więc znacznie taniej niż GLE, X5 i Q7. Oczywiście, mówimy o wersji Core, która co prawda posiada matrycowe reflektory LED czy 20-calowe felgi aluminiowe, jednak to nic wyróżniającego się na tle konkurencji. Najbogatszy wariant – Ultra jest wyceniany na kwotę rzędu 389 900 zł, a więc w sumie, nie jest tak źle patrząc na to, ile trzeba wydać na BMW, Audi czy Mercedesa. Podsumowując, mamy oczywiście wysokiej klasy materiały, świetne wyposażenie, wybitny komfort, jednak według mnie ta 2-litrowa benzyna zupełnie tu nie pasuje. To nadal bardzo drogie auto, jednak porównując cenę do konkurencji, nie wygląda to tak źle. Po szczegóły odsyłam na stronę producenta – Volvo Cars Poland.
