Geely ma wyjątkowo dobre papiery, żeby robić samochody „po europejsku”. To przecież koncern, który w 2010 roku przejął Volvo Cars od Forda, a Volvo miało zachować swoje wartości związane z bezpieczeństwem, jakością i skandynawskim designem. Dlatego kiedy wsiadasz do Geely E5 MAX, od razu zaczynasz szukać tych szwedzkich genów. I one faktycznie gdzieś tu są. Auto jest wygodne, dobrze wykonane, przestronne i bardziej dojrzałe w jeździe niż sporo chińskich konkurentów. Tylko że potem wchodzisz w ustawienia, widzisz złe tłumaczenia, odpalają się tragiczni asystenci bezpieczeństwa i nagle cały ten „Volvo vibe” dostaje chińskiego błędu systemowego.

EX5 czy E5? Nazwa się zmieniła, problemy zostały
Na początek uporządkujmy nazewnictwo. Testowane auto to Geely EX5 MAX, ale obecnie model funkcjonuje w Polsce jako Geely E5. Polski importer informował, że w ramach globalnej strategii ujednolicania nazewnictwa model EX5 zmienił u nas nazwę na E5, a oficjalna strona Geely pokazuje już ten model właśnie pod nowym oznaczeniem.
I dobrze, bo EX5 brzmiało trochę jak nazwa robocza pliku w dziale produktu. E5 jest prostsze. Bardziej europejskie. Bardziej premium. Problem w tym, że zmiana nazwy nie zmienia charakteru auta. A ten jest bardzo ciekawy, ale też bardzo nierówny.
Z jednej strony mamy elektrycznego SUV-a z mocą 217 KM, przyspieszeniem 0-100 km/h w 7,1 sekundy i deklarowanym zasięgiem do 425 km w wersji MAX. Z drugiej strony – testowy zasięg zimą przy 100 km/h wyniósł około 350 km. To nie jest katastrofa, ale przy aucie za prawie 190 tys. zł trudno udawać, że wszystko jest wspaniale. Geely w konfiguratorze wycenia wersję E5 MAX na 186 900 zł, czyli dokładnie wchodzimy w rejon, gdzie klient przestaje mówić „tani chiński elektryk”, a zaczyna mówić „za te pieniądze to ja już wymagam”.

Wygląd Geely E5 MAX: trochę Volvo, trochę Porsche, trochę własnego pomysłu
Testowane auto wygląda dobrze. Nie jest przesadnie agresywne, nie ma grilla wielkości wejścia do galerii handlowej, nie próbuje udawać terenówki i nie krzyczy stylistyką. To raczej gładki, spokojny, nowoczesny SUV, który chce wyglądać dojrzale. I właśnie dlatego widać tu sporo europejskich inspiracji.
Przód ma w sobie trochę tej minimalistycznej szkoły, którą kojarzymy z autami elektrycznymi Volvo czy Polestara. Prosta twarz, zamknięta powierzchnia, czyste linie. Tył? Dla mnie bardzo mocno zahacza o Porsche Cayenne. Nie mówię, że to kopia jeden do jednego, ale jeśli staniesz z tyłu i zmrużysz oczy, to skojarzenie przychodzi samo. To trochę problem wielu chińskich marek: robią już auta naprawdę ładne, ale wciąż za często masz wrażenie, że grają playlistę „Best of Europe” zamiast własnego albumu.

I właśnie tu mam największe pytanie do Geely, Chery, Jaecoo, Omoda i całej reszty. Kiedy Chińczycy stworzą solidne auto, które nie będzie wyglądało jak bardzo dobrze zrobiona kompilacja europejskich marek? Bo E5 ma potencjał. Naprawdę. Ale wciąż brakuje mu własnego charakteru. Takiego, po którym od razu mówisz: „to jest Geely”, a nie „o, tu widzę Volvo, tam Porsche, a w środku coś jeszcze”.
Wnętrze: solidnie, wygodnie i… szkoda tych tłumaczeń
Kabina jest jednym z mocniejszych punktów tego auta. Geely E5 MAX robi dobre pierwsze wrażenie. Materiały są przyjemne, spasowanie solidne, nic nie sprawia wrażenia tandety, a fotele są wygodne. Wersja MAX dorzuca m.in. wyświetlacz head-up, panoramiczny dach, pompę ciepła, elektryczną klapę bagażnika, podgrzewane i wentylowane fotele oraz system audio Flyme Sound z 16 głośnikami, które grają bardzo dobrze.

To wszystko brzmi dobrze i część tych rzeczy faktycznie poprawia codzienny komfort. Auto jest wygodne, przestronne i ma w sobie coś, czego brakowało wielu wcześniejszym chińskim modelom: poczucie dojrzałości. Nie siedzisz w eksperymencie. Siedzisz w pełnoprawnym SUV-ie, który pod względem jakości potrafi zawstydzić niejednego tańszego elektryka z Europy.
Ale potem przychodzi oprogramowanie. I tu zaczyna się klasyka chińskich testów. Złe tłumaczenia menu, dziwna logika ustawień, wrażenie, że ktoś spolszczył system metodą „kopiuj, wklej, jakoś to będzie”. To są rzeczy, które bardzo psują odbiór auta za prawie 190 tys. zł. Bo za takie pieniądze klient nie powinien czuć się jak korektor językowy w wersji beta.

W Geely E5 (EX5) prawie wszystko kontrolowane jest przez duży ekran; sam wyświetlacz jest ostry i responsywny, ale do części funkcji trzeba przeklikać się przez kilka menu. To dokładnie ten przypadek. Wielki ekran wygląda efektownie, ale dobra ergonomia to nie jest konkurs na przekątną. Dobra ergonomia jest wtedy, gdy nie musisz przeklinać pod nosem, żeby zmienić ustawienie systemu.

Geely E5 MAX (EX5) jedzie lepiej niż konkurencja. I to trzeba Geely oddać
Największy komplement? Geely E5 jedzie lepiej niż sporo chińskich konkurentów. Czuć tu bardziej europejskie zestrojenie, większą dojrzałość i mniej tej nerwowej sztuczności, którą spotykałem w innych autach z Państwa Środka. Napęd jest płynny, reakcja na gaz przyjemna, a auto nie sprawia wrażenia, że jego głównym zadaniem było dobrze wyglądać w folderze.

Oficjalnie E5 ma 217 KM i 320 Nm, a przyspieszenie do 100 km/h zajmuje 7,1 sekundy. To nie są osiągi, które wyrwą Cię z butów, ale do codziennej jazdy wystarczają w zupełności. W mieście auto jest ciche, płynne i przyjemne. Na trasie też nie brakuje mu mocy, choć przy wyższych prędkościach zaczynasz bardziej myśleć o zasięgu niż o dynamice.
Zawieszenie jest bardzo miękkie. Wręcz bujające. Dla jednych będzie to zaleta, bo E5 ładnie wybiera nierówności i daje komfortowy, trochę kanapowy charakter. Dla innych – wada, bo auto nie daje takiej pewności i zwartego prowadzenia jak lepiej dopracowani europejscy rywale. Ja mam z tym mieszane uczucia. Lubię komfort, ale tutaj momentami jest go aż za dużo. Jakby ktoś w ustawieniach zawieszenia przesunął suwak z „wygodnie” na „materac wodny”.

Zasięg: 350 km zimą przy 100 km/h to trochę mało
Geely deklaruje do 425 km zasięgu w wersji MAX. Auto ma baterię 60,2 kWh i maksymalną moc ładowania DC 160 kW, z ładowaniem 30-80% w około 20 minut. Na papierze wygląda to przyzwoicie. Nie rewelacyjnie, ale sensownie.

W praktyce zimą przy 100 km/h wyszło około 350 km zasięgu, a ładowarka nie przekracza 100 kWh, w porywach udaje się osiągnąć 120 kWh ale raczej jest to 80 – 90 kWh. Serio? W 2026 roku coś takiego chcą sprzedać za 190 tys zł? Tutaj zaczyna się problem ceny. Gdyby ten samochód kosztował 140-150 tys. zł, powiedziałbym: okej, kompromis. Ale prawie 190 tys. zł za chińskiego elektryka z takim realnym zasięgiem w zimie? To już brzmi odważnie. Bardzo odważnie. Tak odważnie, że księgowy w leasingu może zapytać, czy na pewno dobrze kliknąłeś konfigurator.

Asystenci bezpieczeństwa: pięć gwiazdek to nie wszystko
Na papierze Geely E5 wygląda bezpiecznie. Auto zdobyło 5 gwiazdek Euro NCAP w testach z 2025 roku, a Euro NCAP chwaliło m.in. działanie AEB w wielu scenariuszach oraz obecność systemów wspierających kierowcę. I bardzo dobrze. Bezpieczeństwo bierne oraz wynik w testach zderzeniowych są ważne.
Tylko że ja mówię o czymś innym: o codziennym użytkowaniu tych systemów. A tutaj Geely wpada w tę samą pułapkę, co wiele chińskich aut, które ostatnio testowałem. Asystenci są tragiczni. Za głośni, za nerwowi, za natarczywi. Zamiast być dyskretnym drugim pilotem, zachowują się jak instruktor jazdy po trzech espresso, który łapie za kierownicę, komentuje każdy ruch i jeszcze ma pretensje, że oddychasz niezgodnie z procedurą.
I to jest szerszy problem chińskiej motoryzacji. Oni już potrafią zrobić dobre zawiasy, niezłe wnętrza, mocne elektryki i atrakcyjne nadwozia. Ale nadal nie potrafią zrobić systemów bezpieczeństwa, które pomagają, zamiast przeszkadzać. A przecież o to chodzi. Kierowca ma czuć wsparcie, nie elektroniczną tresurę.

Cena Geely E5 MAX (EX5): prawie 190 tysięcy? Panowie, spokojnie
Geely E5 MAX kosztuje w Polsce 186 900 zł, podczas gdy wersja PRO startuje od 169 900 zł. I właśnie ta cena jest największym problemem testowanego auta. Bo gdy chiński samochód jest wyraźnie tańszy od konkurencji, łatwiej wybaczyć mu pewne rzeczy. Gorsze tłumaczenia? No dobrze. Trochę dziwne menu? Przeżyję. Asystenci do poprawy? Jest taniej, rozumiem kompromis.

Ale jeśli auto kosztuje prawie 190 tys. zł, to przestaje być „okazją z Chin”, a zaczyna być normalnym graczem na trudnym rynku. A normalnego gracza ocenia się normalnie. Czyli surowo.
Dla porównania, Kia EV3 z większą baterią 81,4 kWh ma według danych technicznych zasięg WLTP 563 km, a BYD Atto 3 ma baterię 60,5 kWh i zasięg WLTP 420 km. Do tego dochodzą Skoda Elroq, Volvo EX30 czy używane elektryki z wyższych segmentów. W takim towarzystwie Geely E5 MAX nie może bronić się wyłącznie hasłem „jestem nowy, chiński i dobrze wykonany”. To za mało.

Werdykt: najlepszy chiński elektryk? Może. Ale jeszcze nie do końca gotowy
Geely E5 MAX to jeden z ciekawszych chińskich elektryków, jakimi jeździłem. Jest bardziej europejski niż wiele konkurencyjnych modeli, dobrze wykonany, wygodny i naprawdę przyjemny w codziennej jeździe. Widać, że Geely ma dostęp do wiedzy, doświadczenia i inspiracji z marek, które zna cała Europa. Widać tu Volvo, widać aspiracje, widać ambicję.
Ale widać też pośpiech. Złe tłumaczenia menu, przeciętne oprogramowanie, tragiczni asystenci bezpieczeństwa i zasięg zimą, który przy tej cenie nie robi wielkiego wrażenia, skutecznie studzą emocje. To auto jest trochę jak facet w świetnie skrojonym garniturze, który przychodzi na kolację i po pięciu minutach zaczyna opowiadać żarty przetłumaczone przez translator. Niby klasa jest, ale coś zgrzyta.
Czy Geely E5 jest złym autem? Nie. Wręcz przeciwnie, to dobry samochód z dużym potencjałem. Czy kupiłbym wersję MAX za prawie 190 tys. zł? Tu już mam bardzo poważne wątpliwości. Za te pieniądze oczekuję nie tylko wygody i jakości wykonania, ale też dopracowanego systemu, dobrego tłumaczenia, sensownych asystentów i zasięgu, który nie każe mi zimą za często patrzeć na procenty baterii.
Najkrócej? Geely E5 pokazuje, że Chińczycy są coraz bliżej. Ale „coraz bliżej” to jeszcze nie to samo, co „już tam jesteśmy”. Czekam na moment, w którym chińskie auto będzie solidne, oryginalne i dopracowane bez przypominania europejskich marek oraz bez elektroniki, którą trzeba wychowywać po drodze. E5 jest krokiem w dobrą stronę. Tylko że za prawie 190 tysięcy chciałbym już nie krok, a porządny finisz.