Po testach Hondy Jazz, ZR-V i kilku chińskich aut, w których multimedia potrafiły przypominać escape room z kiepskim tłumaczeniem, Civic działa jak motoryzacyjny oddech. Wsiadasz, widzisz normalne przyciski klimatyzacji, ekran, który nie udaje telewizora w salonie, i menu, które nie wymaga doktoratu z informatyki. A potem ruszasz i przypominasz sobie, że Honda nadal potrafi robić auta, które świetnie się prowadzą. Tylko że to już nie jest Civic z czasów, gdy VTEC wył do oporu, a młody kierowca czuł się jak bohater nocnej obwodnicy. To dorosły liftback, który w głowie ma oszczędzanie paliwa, spokój i bezawaryjne podróżowanie.

Lifting? Trzeba mieć lupę i dużo cierpliwości
Honda Civic po liftingu to najlepszy przykład zmian z gatunku: „zrobiliśmy coś, ale nie chcieliśmy nikogo przestraszyć”. Auto dostało delikatnie zmieniony przód, drobne poprawki stylistyczne i odświeżone detale, ale jeśli ktoś nie postawi obok siebie wersji sprzed i po liftingu, może spokojnie przejść obok i niczego nie zauważyć. Nowe wzory felg, brak przeciwmgielnych i kilka elementów nadwozia pomiędzy reflektorami a grillem to mniej więcej skala tej operacji.

Czy to wada? Niekoniecznie. Civic aktualnej generacji już wcześniej wyglądał dobrze. Nisko, szeroko, dojrzale i trochę inaczej niż cała armia kompaktowych SUV-ów, które wyglądają, jakby projektowano je na podstawie tej samej prezentacji PowerPoint. Honda nie zrobiła z tego auta agresywnego plastiku z wielkim grillem, tylko zostawiła eleganckiego liftbacka. Długość 4560 mm, szerokość 1802 mm i wysokość 1408 mm pokazują, że to bardziej nisko zawieszony, rodzinny liftback niż klasyczny kompaktowy hatchback.

I za to ten model ma u mnie plus. Nie próbuje udawać crossovera, nie dokleja sobie terenowych ambicji, nie zakłada plastikowych ochraniaczy nadkoli jak facet, który kupił buty trekkingowe tylko po to, żeby przejść przez parking pod galerią. To normalny, niski samochód. Dziś to prawie manifest.

Wnętrze: klasyka, przyciski i święty spokój
W środku ten liftback jest Hondą pełną gębą. Nie ma tu fajerwerków, ale jest logika. Klimatyzację obsługujesz klasycznymi przyciskami i pokrętłami. Menu jest proste. Ekran nie jest wielki, ale ma to, co potrzebne. Działa Apple CarPlay, jest Android Auto, jest kamera cofania, choć nazwijmy ją uczciwie: jako-taka. Nie jest to jakość obrazu, po której człowiek mówi „wow, widzę strukturę kostki brukowej”. Bardziej: „okej, wiem, że za mną nie stoi słupek”. I wystarczy.

Honda oficjalnie podaje, że już wersja Elegance ma Honda CONNECT z Android Auto i bezprzewodowym Apple CarPlay, przednie i tylne czujniki parkowania, kamerę cofania, podgrzewane przednie fotele oraz systemy Honda SENSING. To jest fajne, bo nie trzeba od razu wspinać się na najwyższą wersję, żeby dostać podstawy współczesnego komfortu.
Najważniejsze jest jednak to, że auto nie męczy obsługą. Po kilku chińskich samochodach, w których każda prosta czynność potrafiła zamienić się w klikanie po cyfrowym labiryncie, Honda przypomina, że nowoczesność nie oznacza chowania wszystkiego w ekranie. Muszę pochwalić wnętrze Civica za solidne wykonanie, prostą kolorystykę i fizyczne, klikające przyciski do najważniejszych funkcji, szczególnie klimatyzacji.
Czy kabina jest ekscytująca? Nie. Czy wygląda jak salon premium? Też nie. Ale jest dobrze wykonana, przejrzysta i przyjemna w codziennym użytkowaniu. I czasem to jest więcej warte niż ambient w trzydziestu kolorach oraz ekran, który co prawda wygląda świetnie na zdjęciu, ale w poniedziałek rano doprowadza człowieka do szału.

Praktyczność: liftback robi robotę
Auto wygląda smukło, ale praktyczności mu nie brakuje. Oficjalnie Honda podaje 410 litrów bagażnika do linii dachu, 415 litrów ze schowkiem pod podłogą i do 1220 litrów po złożeniu tylnej kanapy. To są bardzo dobre wartości w kompaktowej klasie. Kufer Civica jest większy niż w Golfie, Corolli czy Astrze, choć oczywiście Skoda Octavia nadal gra w swojej lidze.

Z tyłu jest sensownie, choć opadająca linia dachu przypomina, że stylistyka kosztuje. Dorośli pasażerowie nie będą cierpieć po kilku kilometrach, ale bardzo wysokie osoby mogą narzekać na miejsce nad głową. To nie jest rodzinny autobus, tylko elegancki liftback. Za to na co dzień Civic ma sporo sensu: zakupy, torby, weekendowy wyjazd, dziecko, fotelik, codzienna logistyka — wszystko do ogarnięcia.

Napęd e:HEV: już nie VTEC, ale nadal Honda
Pod maską pracuje układ 2.0 e:HEV. Honda podaje 184 KM mocy systemowej, 315 Nm z silnika elektrycznego, przyspieszenie 0-100 km/h w 7,8 sekundy i prędkość maksymalną 180 km/h. Na papierze wygląda to bardzo dobrze. W praktyce też jest naprawdę przyjemnie, ale trzeba zrozumieć charakter tego auta.

To nie jest Civic z dawnych czasów, kiedy człowiek kręcił silnik do oporu, czekał na VTEC i miał wrażenie, że właśnie uczestniczy w czymś lekko nielegalnym, choć jechał tylko po kebaba. Ten Civic jest dorosły. Bardziej myśli o płynności, spalaniu i codziennym komforcie niż o młodzieńczym buncie. Nie prowokuje do głupot. Nie krzyczy. Nie mówi: „dawaj, jeszcze jeden zakręt”. Raczej mówi: „spokojnie, pojedziemy szybko, ale bez robienia wstydu”.
I właśnie tu jest ciekawie, bo mimo tej hybrydowej dojrzałości Civic prowadzi się świetnie. Układ kierowniczy jest precyzyjny, auto dobrze reaguje na ruchy kierownicą, zawieszenie trzyma nadwozie w ryzach, a niska pozycja za kierownicą przypomina, że Honda nadal umie robić auta dla ludzi, którzy lubią prowadzić. Wnioski po tygodniu podróżowania w tym aucie? Civic jest bardzo angażujący na krętej drodze, ma precyzyjny układ kierowniczy i jednocześnie pozostaje komfortowy.

Spalanie i codzienność: dorosłość ma swoje plusy
Oficjalne zużycie paliwa według Hondy wynosi 4,7 l/100 km w cyklu mieszanym WLTP, z wartościami 4,2 l/100 km przy niskiej prędkości, 3,9 l/100 km przy średniej, 4,2 l/100 km przy wysokiej i 5,9 l/100 km przy bardzo wysokiej. Oczywiście życie dopisuje swoje, ale hybryda Hondy naprawdę potrafi być oszczędna, szczególnie w mieście i spokojnej trasie. Mi udało się osiągnąć około 4,5 l/100 km w mieście i 5,5 l/100 km na ekspresówce i 7,4 l/100 km na autostradzie. Wyniki wzorowe!
To nie jest auto, które wymaga ładowania, planowania postojów czy tłumaczenia rodzinie, dlaczego znowu stoimy przy słupku. Wsiadasz i jedziesz. Układ sam żongluje trybami pracy, raz jedzie na prądzie, raz wspiera się benzyną, raz korzysta z silnika spalinowego w bardziej bezpośredni sposób. Kierowca nie musi o tym myśleć. I bardzo dobrze, bo samochód ma rozwiązywać problemy, a nie dopisywać nowe.

Cena i konkurencja: Civic nie jest tani, ale jest kompletny
Aktualna strona Hondy pokazuje Civica e:HEV „już od 132 700 zł”, a w specyfikacji wersja Sport widnieje od 137 400 zł, a 151 400 zł musimy zapłacić za Advance. Niby nie jest źle, ale widać, że Civic nie jest autem za grosze. To Honda, a Honda rzadko gra najniższą ceną.
Konkurencja? Toyota Corolla Hybrid będzie bardziej oczywistym wyborem dla ludzi, którzy chcą hybrydy i świętego spokoju. Volkswagen Golf jest bardziej klasycznym kompaktem, ale w hybrydowym świecie Hondzie nie zawsze dorównuje charakterem. Opel Astra wygląda dobrze, chociaż jest strasznie plastikowa i widać, że to taki „bieda Peugeot 308”. Skoda Octavia wygrywa bagażnikiem i rodzinną praktycznością.

Werdykt: Civic dorósł. Trochę szkoda, ale tylko trochę
Honda Civic po liftingu z 2025 to samochód, który nie próbuje nikomu niczego udowadniać. Lifting jest niemal niewidoczny, kabina jest spokojna, ekran niewielki, przyciski normalne, a napęd hybrydowy nastawiony na płynność i ekonomię. Brzmi nudno? Może. Ale po kilku dniach zaczynasz rozumieć, że to jest bardzo dobra nuda.
Największy plus Civica to prowadzenie. To auto nadal ma w sobie hondowski gen, nawet jeśli nie jest już młodzieżowym wariatem od kręcenia silnika pod czerwone pole. Jest wygodne, pewne, precyzyjne i bardzo przyjemne w codziennym użytkowaniu. Największy minus? Brakuje mi charakteru dawnych Civiców z VTEC-iem. Tego poczucia, że pod maską siedzi coś małego, wściekłego i gotowego na nocną zabawę.
Dziś Civic jest inny. Dorosły. Oszczędny. Rozsądny. Taki, który zamiast jechać pod klub, jedzie na spokojny weekend za miasto i wraca bez awarii, bez dramatu i bez pustego baku. Czy to źle? Dla zadziornego małolata pewnie tak. Dla faceta, który nadal lubi prowadzić, ale nie musi już codziennie udowadniać światu, że ma benzynę we krwi — to naprawdę świetny samochód.