Po teście Santa Fe PHEV miałem jasne wnioski: samochód jako całość jest rewelacyjny, ale europejski układ napędowy z benzynowym 1.6 pod maską to kompromis, który bardzo trudno przełknąć. W wersji Santa Fe HEV jest trochę lepiej, bo odpada zabawa w ładowanie z gniazdka. Nie trzeba pamiętać o kablu, szukać wallboxa ani udawać, że 40 kilometrów na prądzie rozwiązuje wszystkie problemy świata. Hybryda sama zarządza energią i robi to sprawnie.

Tylko że spalanie nadal pokazuje, że wielki rodzinny SUV z małym silnikiem to nie cud ekologii, tylko księgowo-regulacyjny kompromis. W mieście 8-9 l/100 km, na ekspresówce przy 120 km/h około 9 litrów, a na autostradzie przy 140 km/h 10-11 litrów. Jak na auto z 1.6? Słabo. Jak na tak dużego SUV-a? Uczciwie. I właśnie w tym tkwi problem.
Santa Fe HEV dalej wygląda świetnie. No, prawie
Nowy Hyundai Santa Fe to samochód, którego trudno pomylić z czymkolwiek innym. Jest kanciasty, masywny, odważny i wygląda, jakby ktoś w Korei powiedział: „zróbmy rodzinnego SUV-a, ale niech wygląda jak sprzęt ekspedycyjny z przyszłości”. Z przodu wszystko się zgadza. Światła w kształcie litery H, pionowa sylwetka, szeroki rozstaw, wysoka maska — to auto ma w sobie „to coś”. Podjeżdżasz nim pod hotel, pod szkołę, pod biuro i nikt nie ma wątpliwości, że przyjechało coś dużego.

Z boku też jest dobrze. Długa linia dachu, spore przeszklenia, wyraźne przetłoczenia i bryła, która obiecuje mnóstwo miejsca w środku. Hyundai nie poszedł tu w modne, opadające SUV-coupe, tylko w pudełkowatą praktyczność. I chwała mu za to, bo rodzinny samochód nie musi wyglądać, jakby projektant bał się bagażnika.

A potem dochodzimy do tyłu. I znowu mam problem. Tak jak przy PHEV-ie, tył Santa Fe wygląda według mnie… nietypowo. Nisko umieszczone światła, wielka klapa, dziwna pionowość i ten klimat przerośniętego karawanu. Z przodu — nowoczesny SUV. Z profilu — rodzinny wyprawowiec. Z tyłu — samochód, który mógłby pracować przy bardzo luksusowym zakładzie pogrzebowym. Wiem, że są ludzie, którym ten projekt się podoba. Ja dalej nie umiem tego odzobaczyć.

Gabaryty pokazują, że mówimy o naprawdę dużym aucie: Santa Fe ma około 4830 mm długości, 1900 mm szerokości i 2815 mm rozstawu osi. To już nie jest „trochę większy crossover”, tylko pełnoprawny rodzinny SUV.

Kabina Santa Fe HEV to majstersztyk rodzinnego myślenia
Największa siła Santa Fe HEV siedzi w środku. Kabina jest świetnie zaprojektowana. I nie chodzi tylko o to, że dobrze wygląda. Chodzi o to, że ona ma sens. To wnętrze dla ludzi, którzy naprawdę jeżdżą z rodziną, bagażami, telefonami z podpiętymi przewodami, kubkami, przekąskami, dziećmi, plecakami i całym tym logistycznym bałaganem, który pojawia się zawsze wtedy, gdy planujesz „spokojny wyjazd”.

Materiałowo jest bardzo dobrze. Elementy są świetnie spasowane, tworzywa przyjemne, fotele wygodne, a całość daje poczucie auta droższego i bardziej dopracowanego niż wiele europejskich propozycji. Hyundai wykonał tu kawał dobrej roboty. Nie ma wrażenia taniej futurystyki ani udawania premium na siłę. Jest praktyczny, nowoczesny luksus rodzinny.

Schowków jest mnóstwo. Portów USB też. Cup-holdery są tam, gdzie powinny. Telefon ma gdzie leżeć i z przodu może się ładować bezprzewodowo. Pasażerowie mają przestrzeń. Kierowca ma wszystko pod ręką. W zależności od wersji można mieć też trzy rzędy siedzeń, co czyni z Santa Fe realną alternatywę dla rodzin, które nie chcą vana, ale potrzebują więcej niż standardowego SUV-a. Hyundai oferuje odmiany 5- 6- i 7-miejscowe. Ta środkowa jest najbardziej luksusowa, bo mówimy o tzw. fotelach kapitańskich.

I właśnie tutaj Santa Fe robi najlepsze wrażenie. To jest auto na dalekie podróże. Takie, w którym pasażerowie mają przestrzeń, kierowca ma wygodę, a bagaże nie powodują rodzinnej awantury pod blokiem. Gdyby oceniać tylko kabinę, komfort i praktyczność, Hyundai byłby bardzo blisko ideału.

HEV zamiast PHEV. Mniej kabli, mniej teatru
Po wersji plug-in hybrid odmiana HEV wydaje się bardziej naturalna. Nie musisz niczego ładować. Nie musisz pamiętać o kablu. Nie musisz planować, czy dzisiaj przejedziesz na prądzie 30, 40 czy 50 kilometrów. Wsiadasz i jedziesz. Układ sam miesza pracę benzyny i elektryka, sam odzyskuje energię, sam wspiera silnik spalinowy wtedy, kiedy trzeba.

I to jest zaleta. Santa Fe Hybrid jest mniej angażujący logistycznie niż PHEV. Nie ma tej całej zabawy z gniazdkiem, która w teorii brzmi ekologicznie, ale w praktyce wymaga dyscypliny. Tutaj samochód robi swoje. Kierowca nie musi myśleć o baterii. Może skupić się na trasie, rodzinie, kawie i tym, żeby nie patrzeć za długo na tył auta po zaparkowaniu.
Santa Fe HEV ma łączną moc na poziomie 215 KM. Został wyposażony 6-biegowy automat. Auto jest oferowane w dwóch wersjach napędowych: na przód i 4WD. Niezależnie od wariantu, wspólny mianownik pozostaje jeden: pod maską siedzi 1.6 T-GDI, a należy pamiętać, chociaż to raczej widać – auto jest wielkie.

Spalanie: ekologia z Excela kontra realna trasa
No i dochodzimy do sedna. Spalanie.
W mieście Santa Fe HEV pali 8-9 l/100 km. Na drodze ekspresowej do 120 km/h około 9 l/100 km. Na autostradzie przy 140 km/h 10-11 l/100 km. Czy to są wartości dramatyczne jak na wielkiego rodzinnego SUV-a z automatem i napędem hybrydowym? Nie. Czy są dobre jak na silnik 1.6, który miał być symbolem nowoczesnej efektywności? Też nie.

I właśnie tu zaczyna się moja irytacja. Bo cała ta europejska „ekologia” często wygląda świetnie w homologacji, w tabelce i w prezentacji dla zarządu, ale na autostradzie przy 140 km/h życie mówi: spokojnie, panowie, fizyka dalej obowiązuje. Duży SUV waży, ma opór powietrza, potrzebuje mocy i nie zacznie nagle palić jak mały kompakt tylko dlatego, że pod maską ma mały silnik.
Dla porównania, użytkowo taki wynik zaczyna wyglądać absurdalnie, gdy zestawimy go z dużym dieslem. Kia Sorento 2.2 CRDi na ekspresówce potrafi spalić 6-7 litrów, a w mieście 8-10. I przynajmniej ma charakter napędu, który pasuje do dużego SUV-a: moment, zasięg, spokój, brak wrażenia, że silnik przez pół trasy pracuje na ambicji. Oczywiście diesel ma swoje emisje, normy i polityczne problemy, ale jako narzędzie do długich tras w dużym aucie nadal ma sens. A Santa Fe HEV zarówno w mieście, jak i na autostradzie, przy 140 km/h pokazuje, że mały benzyniak z hybrydą nie zawsze jest cudowną odpowiedzią na wszystko.
Najzabawniejsze — albo najsmutniejsze — jest to, że zbiornik paliwa w wersji HEV ma 67 litrów, czyli wyraźnie więcej niż w PHEV, gdzie mamy 47 litrów. Dzięki temu Santa Fe Hybrid ma po prostu lepszy realny zasięg w trasie. Czyli tak: auto nadal pali sporo, ale przynajmniej rzadziej musisz zatrzymywać się na stacji. To nie jest wielkie zwycięstwo ekologii. To bardziej plaster na ranę.

1.6 w takim aucie brzmi jak żart
Nie chodzi tylko o spalanie. Chodzi o poczucie niedopasowania. Santa Fe jest duży, wygodny, rodzinny, świetnie wykonany i aż prosi się o mocny, spokojny, momentowy silnik. Najlepiej diesla. Taki napęd pasowałby do tego auta jak dobre buty trekkingowe do gór. Zamiast tego Europa dostaje 1.6 T-GDI, które w mniejszym samochodzie byłoby jak najbardziej sensowne, ale w Santa Fe brzmi trochę jak żart opowiedziany przy dystrybutorze.

Jasne, hybryda pomaga. W mieście rusza płynnie, wspiera benzynę, poprawia reakcję, robi swoje. Ale przy wyższych prędkościach i dużym obciążeniu widać, że nie ma cudów. Jeśli jedziesz autostradą, z rodziną, bagażami i tempem 140 km/h, to mały silnik ma po prostu sporo roboty. A gdy ma sporo roboty, pali. I tu cała narracja o ekologicznej oszczędności zaczyna się rozjeżdżać.
Nie mam problemu z hybrydami. Mam problem z wciskaniem małych silników do dużych aut i udawaniem, że to zawsze jest lepsze rozwiązanie. Bo nie zawsze jest. W Santa Fe szczególnie mocno czuć, że reszta samochodu dorosła do klasy premium, a napęd został dobrany pod europejskie regulacje, nie pod realne potrzeby kierowcy robiącego długie trasy.

Komfort i prowadzenie Santa Fe HEV: tu trudno się czepiać
Żeby nie było: Santa Fe Hybrid jeździ bardzo dobrze. To nie jest SUV sportowy i nikt rozsądny nie powinien tego oczekiwać. Ale jest przyjemny, stabilny, wygodny i bardzo dobrze nadaje się do długich podróży. Układ kierowniczy jest sensowny, auto nie sprawia wrażenia nerwowego, a zawieszenie dobrze radzi sobie z masą.

To jest samochód, który najlepiej działa jako rodzinny krążownik. W mieście jest duży, ale nie męczący. Na trasie jest stabilny i spokojny. Na ekspresówce daje poczucie bezpieczeństwa. W kabinie jest wygodnie, cicho i przestronnie. Jeśli ktoś spędza dużo czasu za kierownicą z rodziną na pokładzie, szybko doceni, jak dobrze przemyślano ten model.

Cena Hyundai Santa Fe HEV: płacisz za świetny samochód z dyskusyjnym sercem
Santa Fe nie jest tanie. Dla rocznika 2026 wersja HEV startuje od 209 900 zł za odmianę Smart, a więc znacznie taniej niż odmiana Plug-in, ale nikt raczej tej wersji wyposażenia nie wybierze. Minimalnym rozsądnym wyborem jest Executive, a tu już cena rośnie do 246 900 zł. Wystarczy jednak dobrać 7-osobową opcję i przykładowo za topową Calligraphy mamy 292 900 zł, a więc bardzo drogo, ale nadal nie jest tak źle w porównaniu z chociażby Volvo XC90, chociaż to inna liga. To może brat, a więc Sorento? Odmiana HEV startuje od 202 400, a kończy się na 259 400 zł w odmianie 7-miejscowej.

Czy to dużo? Tak. Czy za te pieniądze dostajesz dużo auta? Też tak. Problem w tym, że przy takim budżecie chciałbym nie tylko świetnej kabiny, przestrzeni i komfortu, ale też napędu, który pasuje do charakteru samochodu. Santa Fe daje bardzo dużo, ale silnik 1.6 cały czas siedzi z tyłu głowy jak niechciany komentarz: „a mogło być tak pięknie”. I wystarczy iść do Kia, by kupić Sorento z 2.2 dieslem w topowej odmianie Prestige Line, która kosztuje 293 900 zł za wersję 6- lub 7-miejscową. Temat zamknięty.

Konkurencja: Sorento diesel śmieje się po cichu
Najbardziej naturalny rywal to Kia Sorento. I właśnie tu robi się ciekawie, bo Sorento z dieslem 2.2 CRDi pokazuje, czego brakuje Santa Fe. Nie chodzi nawet o prestiż czy wyposażenie. Chodzi o dopasowanie napędu do auta. Duży SUV, długie trasy, rodzina, bagaże, autostrady — diesel po prostu ma tu sens.
Oczywiście Sorento HEV czy PHEV też istnieją, podobnie jak hybrydowe SUV-y Toyoty, Skody, Volvo czy Mazdy. Ale jeśli ktoś robi dużo kilometrów, często jeździ autostradami i nie chce patrzeć na spalanie rodem z większej benzyny V6, Santa Fe Hybrid może go zirytować. Nie dlatego, że jest złym autem. Dlatego, że jest świetnym autem z napędem, który nie do końca pasuje do jego najlepszych zastosowań.

Werdykt: genialny SUV, którego uratowałby diesel. A ten producent go posiada
Hyundai Santa Fe Hybrid z 2026 roku to samochód, który bardzo łatwo polubić. Wygląda odważnie, choć tył nadal jest dla mnie trudny do zaakceptowania. Ma świetnie zaprojektowaną kabinę, mnóstwo miejsca, schowków, portów USB, uchwytów na kubki i praktycznych rozwiązań. Jest wygodny, dobrze wykonany i idealny na dalekie rodzinne podróże. To jedno z tych aut, w których po prostu chce się jechać dalej.
Ale pod maską nadal siedzi 1.6. I choć hybryda HEV jest wygodniejsza w użytkowaniu niż PHEV, bo nie wymaga ładowania, to realne spalanie nie robi wrażenia. 8-9 litrów w mieście, 9 litrów na ekspresówce i 10-11 litrów na autostradzie to wyniki, które w tak dużym SUV-ie można zrozumieć. Ale trudno je nazwać triumfem ekologii, skoro diesel w podobnym formacie potrafi być wyraźnie oszczędniejszy w trasie.

Najkrócej? Santa Fe jako samochód jest świetny. Santa Fe jako europejska hybryda z 1.6 pod maską jest kompromisem, który trudno mi pokochać. Gdyby Hyundai wsadził tu mocnego diesla albo większą, spokojną jednostkę stworzoną do tras, mielibyśmy rodzinny ideał. A tak mamy spalanie jak w V6, silnik pasujący bardziej do Golfa niż do ogromnego SUV-a i kabinę, która aż prosi się o napęd godny jej klasy.
Czy bym kupił? Serce mówi: tak, bo to genialnie przemyślany rodzinny SUV. Rozum po spojrzeniu na spalanie i pojemność silnika mówi: jeszcze poszukaj. Bo Santa Fe jest blisko ideału. Niestety dokładnie tam, gdzie powinien mieć najmocniejszy argument, ma największy znak zapytania.