Jeździłem Geely Starray EM-i z 1.5. Prawie Volvo. Wolę Volvo

Po kilku chińskich samochodach człowiek zaczyna mieć odruch obronny. Widzisz wielki ekran, bogate wyposażenie, obietnice premium i już podświadomie czekasz, aż asystent pasa ruchu zacznie Cię karcić jak nauczycielka w podstawówce. A potem pojawia się Geely Starray EM-i. I nagle coś się zmienia. To w końcu chiński SUV, który nie tylko wygląda dobrze w folderze, ale też naprawdę dobrze jeździ. Czy to przypadek? Raczej nie. Geely kupiło Volvo w 2010 roku i trudno nie odnieść wrażenia, że w Starray EM-i tę szwedzką lekcję odrobiono bardzo dokładnie.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan. Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Geely Starray EM-i to pierwszy chiński samochód od dłuższego czasu, przy którym pomyślałem: „dobra, to zaczyna mieć sens”. Jest wygodny, świetnie wyciszony, bardzo dobrze wykonany, prowadzi się zaskakująco dojrzale, a systemy bezpieczeństwa — poza kilkoma wyjątkami — wreszcie nie doprowadzają kierowcy do białej gorączki. Do tego dochodzi realny zasięg elektryczny około 80 km, świetne spalanie w mieście i cena, która w wyprzedaży rocznika 2025 startuje od 119 900 zł. Brzmi jak chiński przełom? Trochę tak. Ale spokojnie, nie otwierajmy jeszcze szampana. Bo Starray EM-i nadal ma kilka wad z gatunku: „kto to wymyślił i dlaczego nikt go nie powstrzymał?”.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Chińczycy w końcu zrobili auto, które nie tylko udaje Europę

Geely ma w tej grze przewagę, której nie da się ignorować. To nie jest marka, która tylko patrzy na europejskie auta przez szybę salonu i próbuje zgadnąć, dlaczego ludzie je lubią. To koncern, który kupił Volvo Cars od Forda, płacąc za tę transakcję 1,8 mld dolarów. I w Starray EM-i to czuć. Nie twierdzę, że ktoś tam rozebrał XC60 śrubka po śrubce, przykleił chiński znaczek i powiedział: „panowie, gotowe”. Ale wrażenie jest jednoznaczne: ktoś tu bardzo dobrze przyjrzał się temu, jak powinien zachowywać się dojrzały, wygodny SUV.

Starray EM-i nie jest tak chaotyczny jak wiele innych chińskich aut. Nie ma w nim tego poczucia, że producent chciał wpakować wszystko naraz: wielki ekran, agresywni asystenci, dziwne tłumaczenia, milion funkcji i zawieszenie ustawione metodą „jakoś będzie”. Tutaj całość jest bardziej spójna. Bardziej europejska. Bardziej dorosła. To „Volvo wśród chińskich aut”, choć jednocześnie nie wszystko jest idealne. I trudno się z tym nie zgodzić.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Wygląda dobrze, ale znowu pytanie: gdzie własny charakter?

Stylistycznie Starray EM-i prezentuje się naprawdę przyzwoicie. To duży, nowoczesny SUV, który nie musi krzyczeć, żeby zwrócić uwagę. Ma mocną sylwetkę, sensowne proporcje i wygląda bardziej elegancko niż efekciarsko. Tył? Tu akurat miałem mocne skojarzenia z Porsche Cayenne. I znowu pojawia się to pytanie, które wraca przy wielu chińskich autach: kiedy oni w końcu stworzą coś, co nie będzie wyglądało jak bardzo dobra kompilacja europejskich marek?

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Bo Starray EM-i jest ładny. Nawet bardzo. Ale nie jest jeszcze stylistycznie własny. To nie jest auto, po którym od razu mówisz: „o, to musi być Geely”. Bardziej: „o, tu jest trochę Volvo, tam Porsche, a całość wygląda jakby ktoś miał bardzo dobry gust i bardzo grubą teczkę z inspiracjami”.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Gabarytowo mamy pełnoprawnego SUV-a: 4740 mm długości, 1905 mm szerokości, 1685 mm wysokości i 2755 mm rozstawu osi. Bagażnik według danych technicznych ma 428 litrów, a po złożeniu siedzeń nawet 2065 litrów, więc praktycznie też nie ma się czego wstydzić.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Wnętrze Geely Starray EM-i: naprawdę dobrze, choć ekran mógłby zejść z ambicji

W środku Geely robi bardzo dobre wrażenie. Materiały są porządne, spasowanie świetne, nic nie trzeszczy, nic nie pachnie taniością, nic nie wygląda jak awaryjny projekt z katalogu „premium na jutro”. To kabina, w której naprawdę można poczuć, że chińska motoryzacja zrobiła ogromny krok do przodu.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Fotele są wygodne, wyciszenie dobre, pozycja za kierownicą przyjemna, a całość sprawia wrażenie auta droższego niż wskazuje cena promocyjna. Audio gra bardzo dobrze. Nie jest to Bowers & Wilkins z Volvo, nie oszukujmy się. Tam nadal jest inny poziom sceny, głębi i tej przyjemnej audiofilskiej przesady. Ale jak na chińskiego SUV-a w tej cenie system brzmi naprawdę sensownie.

Tylko ten ekran. Środkowy wyświetlacz jest po prostu za duży. Telewizor to ja mam w domu, a nie w aucie. Jasne, wygląda nowocześnie, klient w salonie robi „wow”, a sprzedawca może pokazać, jak wszystko pięknie świeci. Tylko w codziennym użyciu wielki ekran nie zawsze oznacza lepszą obsługę. Na szczęście Geely trochę się broni, bo ustawienia auta są dość proste, a większość życia i tak sprowadza się do Android Auto albo Apple CarPlay. Czyli podłączasz telefon i próbujesz nie myśleć o tym, że producenci samochodów coraz częściej projektują wnętrza pod prezentację, a nie pod kierowcę.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

No i jest jeszcze hit: wyłączanie samochodu z poziomu ekranu. Serio — co za geniusz to wymyślił? Przycisk start/stop istnieje od lat i nikomu nie przeszkadzał. Ale nie, trzeba było zrobić z gaszenia auta funkcję multimedialną. Jeszcze trochę i otwarcie schowka będzie wymagało akceptacji regulaminu.

Napęd Geely Starray EM-i: świetny w mieście, męczący na autostradzie

Geely Starray EM-i korzysta z układu plug-in hybrid z silnikiem 1.5 i przekładnią 1DHT. Dane techniczne mówią o łącznej mocy 262 KM, silniku elektrycznym o mocy 217 KM, baterii 18,4 kWh netto, napędzie na przednie koła, przyspieszeniu 0-100 km/h w 8,1 s i prędkości maksymalnej 170 km/h. Na papierze wygląda bardzo dobrze, prawda?

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

W mieście ten układ jest świetny. Auto jest szybkie, płynne, ciche i potrafi być naprawdę ekonomiczne. Na prądzie udało się przejechać około 80 km w warunkach miejskich. Oficjalnie producent chwali się zasięgiem do 943 km i faktycznie to może przełożyć się na realny wynik.

Ładowanie DC z mocą 30 kW brzmi słabo, bo dzisiaj nawet niektóre powerbanki mają większe ambicje. Ale przy takiej baterii nie jest to wielki dramat, bo auto ładuje się relatywnie szybko. Dane techniczne wskazują 20 minut do 80% przy DC 30 kW. Problemem jest raczej to, że na papierze plug-in hybrid coraz częściej chce wyglądać jak mały elektryk, a w praktyce nadal pozostaje hybrydą, którą trzeba rozumieć i użytkować z głową. W innym przypadku będziemy wozili zbędne kilogramy, przez co zużycie paliwa będzie większe.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Spalanie? W mieście 5,5-6 l/100 km to świetny wynik. Oczywiście, może wynieść nawet 2 litry, jeśli przejedziecie większość trasy na prądzie, ale rzecz jasna, taki wynik to chwyt marketingowy fanów eko-pojazdów. Na ekspresówce około 8 litrów jest akceptowalne. Na autostradzie około 10 litrów już pokazuje ograniczenia napędu. I tutaj wychodzi największa wada tego auta: silnik 1.5 oraz skrzynia 1DHT nie radzą sobie komfortowo z autostradową jazdą. Obroty są wysokie, auto zaczyna wyć nieznośnie, a przyspieszenie z 90 do 140 km/h trwa zbyt długo. W mieście Starray jest szybki. Na autostradzie staje się dużo mniej przekonujący.

Systemy bezpieczeństwa: wreszcie dobrze, ale kamera kierowcy wariuje

I tu największe zaskoczenie. Systemy bezpieczeństwa działają wzorowo. Po Jaecoo, Chery czy MG HS, gdzie elektronika potrafiła doprowadzić do szału, Starray EM-i jest jak spotkanie z dorosłym człowiekiem po serii rozmów z chatbotem w wersji beta. Asystenci nie szarpią, nie krzyczą bez sensu, nie próbują Cię wychowywać na każdym kilometrze. Wreszcie czuć, że samochód pomaga, a nie przeszkadza.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Ale żeby nie było zbyt pięknie: kamera monitorująca kierowcę jest nienormalna. Wystarczy ziewnąć i już system zaczyna piszczeć, żeby uważać na drogę. Człowiek może być wypoczęty, skupiony i tylko zwyczajnie ziewnąć, bo organizm tak działa, ale auto już robi alarm, jakbyś właśnie zamierzał zasnąć na pasie startowym. To jest ten typ nadgorliwości, który psuje bardzo dobre wrażenie.

Automatyczne światła drogowe też wymagają uwagi. Włączają się, kiedy chcą, więc trzeba je kontrolować. Same reflektory są przeciętne. Świecą słabo jak na auto, które w innych obszarach naprawdę próbuje grać w wyższej lidze. To nie jest detal. W trasie dobre światła są ważniejsze niż ekran na pół kokpitu.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Cena: 119 900 zł? Tu zaczyna się problem konkurencji

Najmocniejszy argument Geely Starray EM-i to cena. Na polskiej oficjalnej stronie marki widnieje informacja o wyprzedaży rocznika 2025, czego efektem jest cena startująca od 119 900 zł za wersję PRO. Do tego dochodzi 6 lat gwarancji i 8 lat gwarancji na baterię. Cena katalogowa nowej wersji Max, a więc takiej jak testowałem, wynosi 166 900 zł. Mówimy tu o aucie z 2026 roku. Jeśli nam na tym nie zależy, możemy kupić ubiegłoroczne auto, a jego cena będzie wynosić 150 210 zł. Różnice? Brak czujników parkowania z przodu, brak wyświetlacza head-up, głośników premium, ładowarki bezprzewodowej do telefonu, dachu panoramicznego czy podgrzewanych i wentylowanych foteli. Resztę różnic znajdziecie klikając tutaj.

Za 119 900 zł to jest rewelacja. Nie „niezła oferta jak na chińskie auto”. Rewelacja. Duży SUV plug-in hybrid, dobrze wykonany, wygodny, oszczędny w mieście, z niezłym realnym zasięgiem elektrycznym i wreszcie sensownie działającymi systemami bezpieczeństwa. W tej cenie wielu konkurentów może tylko nerwowo spojrzeć w konfigurator i udawać, że klient nie zauważy różnicy.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Ale potem pojawia się Volvo. Nowe XC60 Recharge startuje od 269 900 zł, więc przepaść cenowa jest ogromna. Tyle że ja nadal łapię się na tym, że wolałbym dopłacić do Volvo. Nawet używanego. Nawet skromniej wyposażonego. I to nie dlatego, że Starray EM-i jest zły. Przeciwnie — jest bardzo dobry. Po prostu przy chińskich autach nadal mam ograniczone zaufanie. Do trwałości, wartości rezydualnej, serwisu, części, oprogramowania i tego, jak auto będzie wyglądało po kilku latach intensywnej eksploatacji.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Werdykt: najlepszy Chińczyk, ale Volvo nadal siedzi w głowie

Geely Starray EM-i to najlepszy chiński SUV, jakim ostatnio jeździłem. I mówię to bez złośliwości. Auto jest naprawdę dobre. Świetnie się prowadzi, jest wygodne, dobrze wyciszone, wykonane z bardzo dobrych materiałów i wreszcie nie zabija kierowcy agresywnymi asystentami. Ma dobry realny zasięg na prądzie, potrafi być bardzo oszczędne w mieście, a przy cenie od 119 900 zł w wyprzedaży rocznika 2025 wygląda jak oferta, która może namieszać na rynku.

Ale nie jest idealne. Na autostradzie układ 1.5 z 1DHT zaczyna wyć i traci przekonującą dynamikę. Kamera kierowcy przesadza. Automatyczne długie światła działają zbyt losowo. Same światła są przeciętne. Ekran jest za duży. A wyłączanie samochodu z poziomu ekranu to pomysł, który powinien zostać cofnięty do działu „nigdy tego nie wdrażamy”.

Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.
Geely Starray EM-i. Hybryda plug-in. Fot.: Ernest Dragan.

Czy kupiłbym chińskie auto? Jeśli już, to właśnie Geely Starray EM-i byłoby dziś bardzo wysoko na liście. Bo to pierwszy model, w którym naprawdę czuję, że Chińczycy zrobili coś więcej niż efektowną tabelkę wyposażenia. Zrobili dobry samochód, w którym czuję się bardzo dobrze i mógłbym nim jeździć na co dzień bez irytacji, a wręcz z wielką przyjemnością.

Ale czy kupiłbym go zamiast Volvo? I tu zaczyna się problem. Rozum patrzy na cenę Geely i mówi: „bierz, człowieku, to świetna oferta”. Serce i doświadczenie po kilku testach chińskich aut odpowiadają: „dopłać do Volvo, nawet używanego, będziesz spał spokojniej”. Może to głupie. Może za kilka lat będę się z tego śmiał. Ale dziś Starray EM-i jest dla mnie najlepszym dowodem, że Chińczycy są bardzo blisko. Jeszcze nie wygrali z moim zaufaniem, ale pierwszy raz naprawdę mocno zapukali do drzwi.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama