Po testach chińskich SUV-ów, które kuszą ekranami, kamerami, systemami i wnętrzami udającymi premium, Suzuki S-Cross działa jak powrót do starego garażu, w którym wszystko może i nie wygląda modnie, ale wiadomo, gdzie leży klucz dziesiątka. To auto typowo miejskie, choć z napędem AllGrip trochę udaje terenówkę. Nie porywa wyglądem, nie rozpieszcza materiałami i nie daje emocji za kierownicą, ale robi coś, czego coraz częściej brakuje w nowych samochodach: po prostu działa. A przy spalaniu 6,5-7 l/100 km w mieście i 6 l/100 km przy 120 km/h zaczyna się robić bardzo rozsądnie.

Wygląd: trochę crossover, trochę „jadę na działkę”
Suzuki S-Cross nie jest samochodem, za którym ludzie odwracają głowy. Chyba że akurat szukają miejsca parkingowego i zastanawiają się, czy obok niego zmieści się wózek z marketu. To nie jest złośliwość, tylko fakt: S-Cross wygląda poprawnie, grzecznie i trochę terenowo, ale bez przesady. Ma podniesione nadwozie, osłony, relingi i napęd AllGrip, więc sugeruje, że w razie potrzeby da sobie radę poza asfaltem. Tyle że w praktyce jego naturalnym środowiskiem jest miasto, droga do pracy, market, szkoła, działka i okazjonalna szutrowa droga do domku znajomych.

Suzuki samo opisuje S-Crossa jako kompaktowego crossovera, który ma łączyć niezawodność, komfort jazdy i funkcjonalność, a napęd AllGrip ma pomagać na deszczu, śniegu i poza drogami asfaltowymi. I to brzmi uczciwie, dopóki nie zaczniemy robić z tego pełnoprawnej terenówki.
Gabaryty są typowe dla rozsądnego crossovera: 4305 mm długości, 1785 mm szerokości, 1580-1585 mm wysokości z relingami i 2600 mm rozstawu osi. Do miasta wystarczy, na parkingu nie męczy, a jednocześnie nie sprawia wrażenia mikrosamochodu na szczudłach.

Wnętrze: plastikowo, zwyczajnie, ale bez udawania
W środku S-Cross jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po Suzuki. Trochę plastikowy, trochę prosty, trochę staromodny. Nie ma tu wielkiego efektu „wow”. Nie ma materiałów, które chcesz głaskać w korku. Nie ma ambientowego oświetlenia robiącego z auta mobilny salon masażu. Jest za to czytelnie, prosto i bez większego kombinowania.

Wnętrze S-Crossa jest dobrze rozplanowane i łatwe w obsłudze, ale materiały są tanie i twarde, a całość nie daje wrażenia luksusu, chociaż czy ktokolwiek tego oczekiwał? Warto zaznaczyć, że wszystko jest solidnie skręcone. I to idealnie oddaje charakter tego auta.
To nie jest kabina, w której zakochasz się po pierwszym dotknięciu deski rozdzielczej. To raczej wnętrze, które mówi: „nie będę Ci przeszkadzać”. A po kilku testach samochodów, w których trzeba walczyć z menu, asystentami i ekranem, taka prostota zaczyna mieć swój urok. Fizyczne przełączniki, normalna klimatyzacja, klasyczne zegary, podstawowe multimedia — wszystko może wyglądać staro, ale działa intuicyjnie.
Suzuki oferuje w S-Crossie m.in. Apple CarPlay i Android Auto, tempomat adaptacyjny, dwustrefową klimatyzację automatyczną, pakiet zimowy, kamerę 360 stopni w wyższych wersjach oraz przełącznik trybów AllGrip w odmianach 4×4.

Praktyczność: nie jest wielki, ale daje radę
Suzuki S-Cross ma bagażnik o pojemności 430 litrów w wersjach mild hybrid, a po złożeniu tylnej kanapy przestrzeń może wzrosnąć do około 1230 litrów. To sensowny wynik w tej klasie. Nie jest to rodzinny kombi-wół roboczy, ale na codzienne życie wystarczy spokojnie.
W porównaniu z takimi autami jak Skoda Kamiq czy Toyota Yaris Cross, testowane Suzuki wypada lepiej, choć większe SUV-y w podobnych pieniądzach potrafią zaoferować więcej przestrzeni.
I to jest ważne: Suzuki nie jest królem przestrzeni, ale jest wystarczająco praktyczne. Zakupy, torby, wyjazd na weekend, pies, działka, graty z marketu budowlanego — ogarnie. Bez zachwytu, ale też bez dramatu.

Silnik 1.4 BoosterJet: mały, uczciwy i oszczędny
Pod maską pracuje 1.4 BoosterJet mild Hybrid. To czterocylindrowy silnik benzynowy z układem miękkiej hybrydy, który ma 129 KM i 235 Nm momentu obrotowego. W testowanej konfiguracji mamy manualną skrzynię biegów i napęd AllGrip.
To nie jest napęd, który wywołuje szybsze bicie serca. Ale też nie o to tu chodzi. Manual pasuje do charakteru auta, silnik jest wystarczający, a całość daje wrażenie prostej, mechanicznej normalności. S-Cross nie udaje sportowego crossovera. Nie prowokuje. Nie zachęca do głupot. Po prostu jedzie.
Co sądzę o tym silniku? 1.4-litrowa jednostka turbo mild hybrid jest wystarczająco mocna zarówno do spokojnej jazdy po mieście, jak i włączania się do ruchu na autostradzie. Uważam, że można ten wariant rekomendować, ponieważ mild hybrid gwarantuje przyzwoite osiągi i dobrą efektywność.

Spalanie: tu S-Cross naprawdę się broni
Największy plus? Spalanie. W mieście średnio 6,5-7 l/100 km to bardzo dobry wynik jak na benzynowego crossovera z napędem na cztery koła. Na drodze ekspresowej przy 120 km/h około 6 l/100 km robi jeszcze lepsze wrażenie. To nie są wartości laboratoryjne, tylko normalne, użytkowe spalanie, które ma znaczenie przy codziennym jeżdżeniu.
Oficjalne dane WLTP dla S-Crossa 1.4 BoosterJet pokazują zależnie od wersji średnie zużycie od około 5,1 do 6,1 l/100 km, a dla wyższych prędkości wartości w okolicach 5,8-6,2 l/100 km. To jest jeden z powodów, dla których S-Cross może mieć sens. Nie daje emocji, ale nie mści się przy dystrybutorze. W czasach, gdy wiele „nowoczesnych” SUV-ów z małymi silnikami potrafi palić jak auto o segment większe, Suzuki zachowuje się uczciwie.

Prowadzenie: poprawne aż boli
S-Cross prowadzi się poprawnie. I to właściwie najlepsze oraz najgorsze, co można o nim powiedzieć. Nie jest zły. Nie buja się dramatycznie, nie pływa, nie straszy w zakrętach. Ale też nie daje żadnej frajdy. To samochód dla kogoś, kto chce jechać, niekoniecznie prowadzić.
Układ kierowniczy jest lekki, zawieszenie nastawione na komfort, a całość ma bardzo użytkowy charakter. Na co dzień to zaleta. W mieście jeździ się łatwo, parkowanie nie męczy, widoczność jest dobra, a manualna skrzynia nie próbuje udawać sportowego mechanizmu z roadstera. Po prostu działa.
Tyle że jeśli lubisz samochody z charakterem, S-Cross może Cię zanudzić. To auto jest tak zwyczajne, że można mieć wrażenie, jakby zaprojektowano je w dziale „żadnych kontrowersji”. Ale tu wracamy do sedna: dla wielu kierowców to nie wada. To największy argument.

Cena i konkurencja: rozsądek kosztuje mniej niż fajerwerki
Cennik Suzuki pokazuje, że S-Cross 1.4 BoosterJet mild Hybrid 4WD 6MT został wyceniony w wersji Premium Plus 138 100 zł, z ofertą promocyjną 124 900 zł, a w wersji Elegance 148 100 zł, z ofertą promocyjną 134 900 zł.
To nie jest mało, ale dziś mało nie kosztuje już prawie nic. Szczególnie jeśli mówimy o nowym crossoverze z benzynowym silnikiem, manualem, napędem 4×4 i rozsądnym wyposażeniem. Suzuki S-Cross jest naturalnym rywalem m.in. Toyoty Yaris Cross, Volkswagena T-Crossa i Skody Kamiq, ale jego przewagą jest większa przestrzeń oraz dostępność napędu 4×4, rzadkiego w tej klasie. Ciekawą alternatywą dla mniej wymagających może być np. Volkswagen T-Roc, który w fajnej wersji z automatem można kupić za około 120 tys zł, jednak są to auta tylko z napędem na przód.
Dacia Duster będzie bardziej terenowo szczera i tańsza, ale mniej „suzukowo bezproblemowa”. Toyota Yaris Cross będzie bardziej hybrydowa i miejska, ale mniejsza. Skoda Kamiq i Volkswagen T-Cross będą bardziej europejsko dopracowane, ale bez tego prostego klimatu auta, które wygląda, jakby miało przeżyć wszystko oprócz prezentacji marketingowej.
Werdykt: nudny, plastikowy, stary. I właśnie dlatego dobry
Suzuki S-Cross 1.4 AllGrip z manualną skrzynią biegów to samochód, który do mnie osobiście nie przemawia. Jest zbyt staroświecki, zbyt zwyczajny, zbyt plastikowy i zbyt pozbawiony emocji. Nie budzi pożądania, nie zachęca do jazdy dla samej jazdy i nie sprawia, że człowiek ogląda się za nim po zaparkowaniu.
Ale jednocześnie trudno go nie szanować. Bo S-Cross nie udaje czegoś, czym nie jest. Nie jest luksusowy, więc nie próbuje wmówić Ci premium. Nie jest terenówką, choć AllGrip daje mu realną przewagę na śliskiej nawierzchni. Nie jest sportowy, ale pali mało i jedzie poprawnie. Nie jest nowoczesnym gadżetem, ale dzięki temu nie męczy elektroniką.
To samochód dla ludzi, którzy chcą świętego spokoju. Dla kogoś, kto nie potrzebuje 15-calowego tabletu, animacji startowych, miliona trybów jazdy i asystenta, który krzyczy na kierowcę jak instruktor po złym dniu. Suzuki S-Cross jest prosty, zwyczajny i trochę z poprzedniej epoki. I w czasach, gdy wiele aut próbuje być smartfonem na kołach, taka staroświeckość może być zaletą.
Czy bym go kupił? Nie. Ale rozumiem ludzi, którzy to zrobią. Bo czasem człowiek nie szuka emocji. Szuka samochodu, który odpali, pojedzie, spali rozsądne ilości paliwa, dowiezie na działkę i nie będzie robił z prostych rzeczy wielkiego spektaklu. Suzuki S-Cross dokładnie taki jest. Poprawny aż do bólu. Ale przynajmniej ten ból nie trwa długo i nie kosztuje fortuny na stacji.